Artyści versus politycy? Ludzie kultury versus urzędnicy? Kultura versus rozrywka? Te spory znamy. Toczą się jawnie, linie podziału są wyraźnie oznaczone, stanowiska określone. Tymczasem na marginesie dyskusji o kulturze rozwija się spór mniej oczywisty, o zatartych liniach podziału. Mało widoczny, żywotny i aktualny, konflikt między kulturą a sztuką.

Sprawa wydaje się prosta. Kiedy mówimy „kultura”, mamy na myśli albo „kultura, czyli sztuka” albo „kultura i sztuka”, gdzie „sztuka” jest częścią „kultury”. Coraz częściej też jednym tchem mówimy „kultura” i „demokracja”, „partycypacja”, „kapitał społeczny”. Kto jest tym przeskokiem od kultury do demokracji nieco zdezorientowany, niech prześledzi chociażby działania ruchu Obywatele Kultury, program Europejskiego Kongresu Kultury czy regionalnych kongresów (np. w Bydgoszczy, Poznaniu).

Kultura i sztuka zgodnie pracują na rzecz społeczeństwa obywatelskiego. Byłby to całkiem ładny obrazek,  gdyby nie małe, trudne do zauważenia, rysy.

Jak ten żart prowadzącego debatę „Niebezpieczne związki” w czasie Europejskiego Kongresu Kultury. Chantal Mouffe  opisała sposób wydawania funduszy publicznych, w którym społeczność lokalna sama wybiera artystę i dyskutuje z nim na temat kształtu zamawianego dzieła. Mouffe przywołała taką praktykę jako przykład tworzenia sztuki publicznej, na którą jest zapotrzebowanie oddolne, w odróżnieniu od  stosowania kryteriów biurokratycznych, czy elitarnych. Co Jacek Żakowski, moderator debaty, podsumował żartując: Mogę sobie wyobrazić ile i jakich pomników powstałoby w Polsce w takiej sytuacji.

Demokratyzacja jest dobra, ale gdy wkracza na terytorium Sztuki, budzi rozbawienie. Idea konsultacji, społecznej odpowiedzialności artysty może budzić też całkiem poważny i zdecydowany sprzeciw. Jak w tekście Grzegorza Drozda, który w kontekście projektu Universal mówi „wciąż nie rozumiem, dlaczego wymagano ode mnie, abym kogoś pytał o zdanie, o zgodę. Czy to normalne, aby artysta pytał publiczność o to, jak ma pracować?”. I deklaruje: „Nie byłem i nie jestem zwolennikiem terapii przez sztukę, bo w swych podstawowych założeniach takie działanie kieruje się litością. Nie wierzę w te kredki, farby i różnej maści warsztaty. Wierzę jednak, że oddziaływanie sztuki może dokonać zmian lub choćby wpłynąć na ich początek.” (Obudzić uśpioną bestię, w: Krytyka Polityczna, nr 27-28, s. 59)

Wygląda na to, że „kredki, farby i różnej maści warsztaty” – to kultura, a sztuka to dziedzina wyłączona z procesów konsultacji, współdecydowania. Nawet więcej niż tylko wyłączona, raczej zupełnie nieprzystająca. Na Poznańskim Kongresie Kultury w czasie debaty „Jakimi językami mówimy o kulturze” Izabela Cywińska wystąpienia swoich przedmówców skomentowała w duchu: Wy tu mówicie o demokracji, partycypacji, a ja chciałam rozmawiać o sztuce, o emocjach.

Zdarza się, że ten podział jest wyrażony wprost, jak w rozmowie z Rafałem Kozińskim na temat lubelskich Warsztatów Kultury: „Zajmujemy się kulturą, mogę nawet powiedzieć, że bardziej kulturą niż sztuką. Niektóre osoby nie rozumieją, jak można zajmować się kulturą, bez pielęgnowania sztuki? Nas jednak bardziej interesuje kulturotwórcza rola zmiany społecznej niż sama sztuka (…).”

To nie jest oś żadnej z prowadzonych dyskusji. Być może dlatego, że publicznie nie wypada przyznawać, że kultura i sztuka mogą być antagonistyczne. Mam jednak wrażenie, że mimo popularności, w kontekście mówienia o kulturze, takich określeń jak „partycypacja”, „współdecydowanie”, „konsultacje społeczne”, gdy wkraczamy na terytorium sztuki wraca myślenie tradycyjne. Takie w którym dominuje kult eksperta (czyli w przypadku sztuki samego artysty i krytyka, kuratora), bo przecież, „gdyby ludzie sami decydowali, to chcieliby jakichś brzydkich pomników”.

O ile łatwo przychodzi nam mówienie o kulturze i demokracji, to czy równie łatwo można mówić o „sztuce demokratycznej”? Jeżeli sztuka ma „służyć zmianie społecznej”, jeżeli ma „pomnażać kapitał społeczny”, to czy naprawdę jej artystyczna jakość jest istotna? Co ma większą wartość – indywidualny proces twórczy artysty, czy wspólnotowe działanie uczestników kultury?

Jaka relacja zachodzi pomiędzy, tworzoną przez profesjonalnych artystów, sztuką, a tymi kulturalnymi „farbami, kredkami i wszelkiej maści warsztatami”? Czy to jest taka relacja jak między sportem zawodowym a amatorskim? A może bardziej jak między uprawianiem nauki a zajmowaniem się dydaktyką? Nie wiem. Tak samo jak do końca nie wiem, w jakich znaczeniach używałem terminów „kultura” i „sztuka” w tym tekście. Dlatego jest to pierwszy wpis na blogu od trzech miesięcy. Przez ten czas zastanawiałem się nad tym, jak roboczo zdefiniować kulturę i sztukę. Nie chcąc przedłużać przerwy o kolejne trzy lata, w tej kwestii zdałem się jednak na intuicje czytelnika.

Nie o definicje tutaj chodzi, ale o praktyczne konsekwencje różnych koncepcji kultury i sztuki, w tym te dotyczące sposobu wydawania środków publicznych. Będę się nad tym jeszcze zastanawiał na blogu (i poza nim, także następnego wpisu spodziewajcie się za tydzień lub za pół roku).

Tymczasem zachęcam wszystkich do szukania rys na krzepiącym obrazie, na którym kultura i sztuka ramię w ramię pomnażają kapitał społeczny i przyczyniają się do społecznej zmiany.

Reklamy