Jeszcze kilka lat temu Zygmunt Bauman był uznanym socjologiem, obecnie staje się wielbionym mędrcem. Ja nadal wolę myśleć o Baumanie jako o wnikliwym i błyskotliwym socjologu. Nie wiem w jakiej mierze z Baumana mędrca i autorytet się robi, a w jakiej sam tak siebie postrzega. A może nie odrobiłem lekcji z ponowoczesności i buduję teraz racjonalistyczną, osnutą na tworzeniu opozycji, narrację. Podczas gdy myśl meandruje, tworząc splątane kłącza… No, ale dosyć tych żartów.

„Kultura w płynnej nowoczesności”, nowa książka Zygmunta Baumana napisana z okazji Europejskiego Kongresu Kultury, robi największe wrażenie tam, gdzie znajdują się szczegółowe obserwacje i analizy. Mniej do mnie przemawia główny nurt książki, w którym następuje przejście od dość pesymistycznej oceny stanu kultury do ogłoszenia postulatów, które w moim odczuciu są niezbyt z tą oceną powiązane. Dlatego skupię się na detalach.

Na pierwszy ogień idą rozważania Baumana na temat relacji artystów i urzędników. Autor nawiązuje do Adorno, który „mówiąc o kulturze, ale mając głównie sztuki piękne na uwadze, uznaje nieuchronność konfliktu między nią a administracją. Ale twierdzi zarazem, że antagoniści potrzebują siebie nawzajem (…).” (s. 124). Mamy zatem do czynienia z nieusuwalnym konfliktem, napięciem, a przy tym „wezwania twórców kultury do wycofania się z procedur administracyjnych i trzymania się od nich na odległość dźwięczą pusto. Gdyby się tych wezwań posłuchali, nie tylko pozbawiliby się środków do życia, ale też straciliby jakikolwiek wpływ na społeczeństwo i wszelki z nim kontakt (…).” (s. 125)

Czy stwierdzenie nieuchronności konfliktu prowadzi do rezygnacji? Uznania, że te spory do niczego nie prowadzą? Na szczęście nie, ponieważ „twórcy mogą wybierać między bardziej lub mniej znośnymi dla nich formami i stylami zarządzania (…).” To na pocieszenie, ale od razu Bauman dodaje, że artyści „nie mają wyboru między akceptacją a odrzuceniem instytucji zarządzania jako takiej. W każdym razie roszczenie sobie prawa do takiego wyboru jest nierealistyczną mrzonką.” (s. 125-126)

Warto czasem spojrzeć na, nieraz gwałtowne, spory urzędników z artystami z tej perspektywy. Spory, których każdy kto zajmuje się kulturą jest świadkiem lub uczestnikiem. Może pozwoliłoby to czasem ostudzić emocje i
zapobiec zbytniemu „wchodzeniu w rolę”. „Urzędnika” wzdychającego nad niesubordynowanymi, nieodpowiedzialnymi twórcami. „Artysty” pomstującego na ograniczonych, nie rozumiejących sztuki urzędników.

Owszem, zdarzają się aroganccy urzędnicy i nieodpowiedzialni artyści. W dziedzinie przechodzenia do „bardziej znośnych form zarządzania” mamy naprawdę wiele do zrobienia. Wobec tych wszystkich sporów i problemów jedna z obserwacji Baumana jest moim zdaniem bardzo istotna.
Chodzi o zrozumienie, że ostatecznie jesteśmy, artyści i urzędnicy, po tej samej stronie. Jak pisze „na przekór wszelkim między nimi zatargom i potajemnemu czy hałaśliwemu obrzucaniu się obelgami i pomówieniami, twórcy kultury i urzędnicy od kultury współżyją w tym samym domostwie i współuczestniczą w tym samym przedsięwzięciu. (…) Jedni i drudzy powodowani są takim samym pojmowaniem swojej we wspólnym świecie roli i jej przeznaczenia, jakim jest uczynienie wspólnego im świata innym, niż pozostawałby czy stałby się bez ingerencji i wkładu w jego stan i funkcjonowanie.” (s. 126).

Narzekajmy na siebie, kłóćmy się, ale bądźmy po tej samej stronie. Wtedy łatwiej nam będzie osiągnąć nasze, oby, wspólne cele.

Reklamy