Dzięki serii wydawniczej „Kultura się liczy!” możemy nareszcie zapoznać się z polskim przekładem książki „Narodziny klasy kreatywnej” Richarda Floridy. Między innymi za sprawą tej publikacji i zaprezentowanej w niej teorii, gdy mowa o kulturze w kontekście ekonomii lub rozwoju miasta, prędzej czy później padnie hasło „klasa kreatywna” lub „miasto kreatywne”. W każdym razie możemy być pewni, że „kreatywność” będzie obecna (dość wysokie notowania ma zbitka pojęć „przemysł kreatywny”).

Zanim przejdę do samej książki, parę słów na temat przyjętej w tym wpisie metody. Proponuję „czytanie na blogu”, co oznacza, że będą na bieżąco relacjonował swoje wrażenia z lektury. Wrażenia oraz refleksje, wątpliwości, dygresje. Te, które powstają w trakcie czytania, jeszcze przed wyrobieniem sobie opinii na podstawie całości książki. Refleksje z całym inwentarzem pytań, które być może, po zapoznaniu się z całym tekstem, stracą na znaczeniu. Słowem, zapraszam do wspólnego czytania.

Wracając do „Narodzin klasy kreatywnej”: polski czytelnik tej książki znajduje się w dość dziwnym położeniu. Zanim wykład teorii „klasy kreatywnej” dotarł do nas w swojej oryginalnej formie, zdążyliśmy przejść etapy zachwytu Floridą, ochłonięcia i rosnącej podejrzliwości wobec jego propozycji. W pewnym sensie krytyka wyprzedziła opartą na źródłach recepcję tej teorii. Znamienne jest to, że miesiąc przed premierą „Narodzin klasy kreatywnej”, ukazała się książka „Ekonomia Kultury. Przewodnik Krytyki Politycznej”, gdzie znajdziemy żywiołową i bezlitosną krytykę Floridy (tekst „Zastrzyk kreatywności” Jamie Peck).

W związku z czym do lektury „Narodzin klasy kreatywnej” przystąpiłem ze świadomością, że „hasła Floridy z pewnością zyskały na sprytnej promocji”, w teorii kreatywności „dyskursywnie utowarowiono kulturę i sztukę”, a kreatywność jest „całkowicie spójna z proroszczeniową, wściekle konkurencyjną rzeczywistością wielkich miast” i napędza gentryfikację.

Po takim zastrzyku krytycznego podejścia „czysta” lektura Floridy stała się niemożliwa. Poznawanie teorii klasy kreatywnej odbywa się równocześnie z weryfikowaniem, czy rzeczywiście jest tak źle? Czy to nauka czy pop-nauka? Czy teorie Floridy pomagają, czy szkodą kulturze?

Po lekturze części pierwszej „Narodzin klasy kreatywnej”, zatytułowanej „Era kreatywna”, mam wrażenie, że aż tak źle, jak wyczytałem w Przewodniku Krytyki Politycznej, nie jest. Być może teoria Floridy jest błędna, ale to jednak udokumentowana i przemyślana teoria. Bardziej złożona, niż można by przypuszczać na podstawie gazetowych opisów. Co więcej, Florida zdaje sobie sprawę z ograniczeń swojej teorii.

Sam pisze to, czego spodziewalibyśmy się raczej po jego krytykach: „Gospodarka kreatywna nie jest panaceum na niezliczone bolączki społeczne i niedomagania gospodarki, jakie trapią współczesne społeczeństwo. Nie zmniejszy w jakiś magiczny sposób ubóstwa, nie zlikwiduje bezrobocia, nie pokona cyklu koniunkturalnego ani nie doprowadzi do większej szczęśliwości i harmonii dla wszystkich. Pod pewnymi względami, ów system oparty na kreatywności, pozostawiony bez kontroli i bez odpowiednich form ludzkiej interwencji, może niektóre z naszych problemów pogłębić.” (s. 43)

Być może postrzeganie kreatywnej gospodarki jako leku na całe zło wynika z nadinterpretacji teorii Floridy, a nie jest immanentną cechą jego myśli. Mam wrażenie, że zdarza nam się oczekiwać odrobiny magii na przykład od koncepcji „miasta kreatywnego”, która miałaby stać się uniwersalna receptą na rozwój dla każdego miasta. Jak zauważa Dragan Klaic „wielu burmistrzów myśli, że inwestowanie w przemysł kreatywny może stać się jakimś wyjściem dla ich własnych miast. (…) wielu marzy o powtórzeniu efektu Bilbao”. I podsumowuje dość kategorycznie: „Nie sądzę, by była to strategia, którą można po prostu powtórzyć.” („Kultura a współczesne miasto”, artykuł opublikowany w Res Publica Nowa)

Traktowanie, odmienianej na wszelkie sposoby, kreatywności, jako uniwersalnego panaceum na problemy społeczne i gospodarcze to jedna z form nadinterpretacji myśli Floridy. Druga forma, co uświadamiam sobie coraz wyraźniej w trakcie lektury, przejawia się w nieco naiwnym traktowaniu teorii klasy kreatywnej, jako łatwej do pogodzenia z innymi teoriami, podejściami do kultury. Wcześniejsza lektura tekstu z Przewodnika Krytyki Politycznej wyczuliła mnie na to, że niekoniecznie można jednocześnie mówić o krytycznej funkcji sztuki, jej roli w sferze publicznej i o ekonomicznych dobrodziejstwach płynących z „przemysłu” kreatywnego.
Tak jak robi to na przykład ruch Obywateli Kultury, przywołujący dane liczbowe, pojęcia zwrotu z inwestycji itp., a jednocześnie widzący rolę kultury w tworzeniu sfery publicznej, odwołujący się do pojęcia „dobra wspólnego”. Wydaje się, że to coś więcej niż tylko mieszanie odmiennych typów dyskursu, różnych poziomów opisu. Tutaj chodzi o to, żeby zjeść ciastko i mieć ciastko.

Znowu przywołam Dragana Klaica, który twierdzi, że „kiedy ktoś używa sformułowania „przemysł kreatywny”, w zasadzie znosi wszelkie różnice między przedsięwzięciami kulturalnymi nastawionymi na zysk i przedsięwzięciami non-profit; pomiędzy z jednej strony kulturą kreatywną i ekspresywną, a z drugiej strony – kulturą komercyjną”. Klaic nie odnosi się tutaj bezpośrednio do Floridy, pisze o „przemyśle kreatywnym” w innym kontekście, ale stawia problem dotykający również kategorii gospodarki/klasy kreatywnej i miasta kreatywnego
Czy w świetle tezy Klaica, wierząc w krytyczny potencjał sztuki, można jednocześnie afirmować teorię klasy kreatywnej? Jeszcze nie wiem, przede mną lektura następnych trzech części książki. A przecież nie zdążyłem podzielić się jeszcze wszystkimi wrażeniami dotyczącymi części pierwszej. Zrobię to w następnym wpisie.

Reklamy