Jestem pozytywnie nastawiony do ekonomii i ekonomistów, nawet lekko zafascynowany stopniem trudności i wpływem nauk ekonomicznych na życie społeczne. A jednak w ekonomicznym modelu myślenia, wcielonym w wypowiedziach Leszka Balcerowicza, jest coś przerażająco redukcjonistycznego.

Takie wrażenie pogłębił we mnie wywiad z Leszkiem Balcerowiczem, który ukazał się w Gazecie Wyborczej. Uproszczenia i kategoryczne sądy zawarte w wypowiedziach Balcerowicza na Kongresie Kultury można było usprawiedliwić formą wystąpienia, konwencją i emocjami obecnymi na sali. Niestety, wywiad potwierdza przypuszczenie, że Balcerowicz naprawdę myśli o kulturze w wysoce schematyczny i stereotypowy sposób.

Zmartwiło mnie jeszcze jedno, mniej widoczne na pierwszy rzut oka, zjawisko. Otóż za fasadą jasnego toku wywodu i stosowania rzeczowej argumentacji kryje się bardzo niejasny, żeby nie powiedzieć mętny, sposób rozumowania ekonomisty.

Na przykład, w odpowiedzi na pytanie, dlaczego finansowanie kultury z budżetu Państwa jest złe, pada odpowiedź: „Nie twierdzę, że państwo ma ciąć wydatki na kulturę do zera. Odniosłem się tylko do poglądu, że albo państwo będzie finansowało kulturę, albo jej w ogóle nie będzie. To jest pokłosie dawnego myślenia. Kiedy słyszę ludzi, którzy deklarują wiarę w społeczeństwo obywatelskie oraz w wolność jednostki, a zarazem powtarzają, że tylko państwo, państwo, państwo, to coś mi tu się nie zgadza.”

Zamiast odpowiedzi na pytanie, sporo chwytów erystycznych z rodziny „przekształcenie wypowiedzi oponenta”. Bo kto twierdzi, że „albo państwo będzie finansowało kulturę albo jej w ogóle nie będzie” i kto powtarza, że „tylko państwo, państwo, państwo”? Nie tylko twierdzi, na dodatek reprezentuje „pokłosie dawnego myślenia”? Stwierdzeniem o „dawnym myśleniu” Balcerowicz płynnie przechodzi do kolejnej rodziny chwytów erystycznych nazywanej „atakiem osobistym”.

Charakterystyczne jest też podanie tego samego, co na Kongresie Kultury, przykładu „dzieła, które trafiło do mas”, czyli filmu „Ziemia Obiecana” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Ten przykład ma nas przekonać, że wysoka kultura, może „się sprzedawać”. Jak to malowniczo ujmuje Balcerowicz, „głównym miernikiem wartości dzieła kultury nie może być to, że ludzie nie chcą za nie zapłacić.” (W tym miejscu autor wypowiedzi znowu oddaje się „przekształceniu wypowiedzi oponenta”, w szczególnej jego odmianie „sprowadzenia do absurdu”.)

To dziwne, że w odpowiedzi na stwierdzenie, że wysoka kultura nie może być (z definicji) masowa, a co za tym idzie dochodowa, ekonomista nie wskazuje na mechanizm, teorię, zjawisko, które podważyłoby tę tezę.
Ekonomista wskazuje na przykład jednego filmu. Na dodatek filmu wyprodukowanego w czasach PRL, czyli za państwowe pieniądze, z państwową dystrybucją. Filmu, który jest adaptacją powieści należącej do kanonu polskiej literatury. Nie jesteśmy w stanie zweryfikować, w jakim sensie „do mas” trafiłoby to „dzieło” w warunkach wolnego rynku.

Jak to możliwe, że osobie o wysokiej dyscyplinie myślenia zamiast argumentacji wystarcza jeden wątły przykład? Nie chciałbym insynuować, że przywołując Wajdę, Balcerowicz chce dodatkowo zwieść czytelnika za pomocą odwołania do autorytetu Mistrza (bo tak właśnie tytułowano Andrzeja Wajdę na Kongresie Kultury).

Stop! Tropienie chwytów erystycznych to fascynujące zajęcie, ale chcę napisać jeszcze dwa zdania o Romanie Pawłowskim, który prowadził wywiad.

Szkoda, że Pawłowski ociera się o gazetowy banał, zadając na przykład „prowokacyjne” pytanie „Czy ekonomiści są wrogami artystów?”. Wolałbym, aby naprzeciwko Balcerowicza stanął ktoś na tyle obeznany ze współczesną ekonomią i kulturą, żeby celnymi pytaniami i argumentami roznieść w pył schematyczne i dogmatyczne przekonania Balcerowicza o kulturze.

Zastanawiam się coraz częściej nad tym, czy taka rytualna wymiana zdań między dwoma stronami sporu, w której każdy mówi o czymś innym, nie jest wszystkim na rękę? To prawda, dzięki temu nie dochodzi się do porozumienia i nie buduje kompromisu. Za to można wzmocnić swoją tożsamość, opartą na opozycji „my i oni”.

PS. Osobom zainteresowanym erystyką polecam, obok klasycznych pozycji, książkę „Współczesny Sofista, czyli nowe chwyty erystyczne” Miry Montany Czarnawskiej (Warszawa, 1995). Kto by pomyślał, ale wywiad z Leszkiem Balcerowiczem w Gazecie Wyborczej skłonił mnie do małej „powtórki z erystyki”.

Reklamy