Szkicowałem powoli wpis, w którym zamierzam ponownie argumentować na rzecz tezy, że liberalna organizacja życia społecznego pozwala na rozwój sztuki krytycznej, a tu nagle, z samego rana, przyszła do mnie rewolucja.

Rewolucja przybyła w postaci „MANIFESTU KOMITETU NA RZECZ RADYKALNYCH ZMIAN W KULTURZE”, opublikowanego na stronie pod niemniej radykalnym adresem www.rewolucjakulturalna.pl. Rzeczona rewolucja, aby do mnie dotrzeć, skorzystała z Facebooka, czyli kapitalistycznego, amerykańskiego internetowego projektu biznesowego nastawionego na zysk.

Pisałbym może i dalej o tym manifeście w tonie dobrotliwej, umiarkowanie złośliwej, kpiny, gdyby nie to, że pod tekstem podpisało się kilka osób, których działalność bardzo szanuję. Więcej niż szanuję, podziwiam.
Z tego powodu potraktuję manifest poważnie, chociaż nie przychodzi mi to łatwo. Tym, przez co trudno mi się przebić, jest język manifestu.
Co konkretnie? Cała lista słów i zwrotów: „radykalne”, „kapitalistyczny wyzysk”, „partykularne cele rynkowych graczy i biurokratów”, „społeczne rady”, „komitet”.
Jeszcze całe zdania: „Kultura nie działa zgodnie z zasadami inwestycji i zysków. O wiele lepiej opisują ją takie pojęcia jak potlacz, karnawał, eksces, spotkanie, transgresja czy proces, których ekonomiści nie znają i nie rozumieją (lub rozumieją w sposób nieprzystający do kultury).”
„Wytwórcy reklam bezwstydnie i dla zysku wykorzystują naszą kreatywność w sferze języka, symboli i form wizualnych. Niech w końcu zaczną za to płacić.”

Zastanawiam się, czy ten język ma na celu podjęcie dialogu z „biurokratami”, „rynkowymi graczami”, „ekonomistami”, „wytwórcami reklam”? Czy przeciwnie, natychmiast ich stygmatyzuje jako tych, którzy „nie znają i nie rozumieją”, „bezwstydnie i dla zysku wykorzystują”, mają „partykularne cele”. Stygmatyzacja to jedno, a uogólnienie to drugie. Rozumiem to, że wypowiedź Leszka Balcerowicza na Kongresie Kultury mogła irytować. Ale świat ekonomistów nie kończy się na Balcerowiczu.

Drugie pytanie, które narzuca się podczas czytania tekstu, dotyczy inkluzywności. Czy takie jak w manifeście postawienie sprawy ułatwia przyłączenie się do inicjatywy? Moim zdaniem nie. Mimo, że autorzy manifestu piszą, „nie jesteśmy politykami”, zachęcają do przyjęcia kilku mocnych, politycznych tez. Do jednoznacznej oceny kapitalizmu i neoliberalizmu. Tymczasem tych ocen, zwłaszcza kapitalizmu, może być wiele. Niestety manifest tak jednoznacznie wyrażony pogłębia stereotyp, wedle którego artyści mają (muszą mieć?) lewicowe przekonania. Może tak właśnie jest i mylę się na całej linii, dla mnie jednak związek twórczości i przekonań politycznych jest bardziej zniuansowany.

Moja uwagę zwraca też nieprzemijająca atrakcyjność słów „rewolucja”, „komitet”, „radykalizm”. Wydaje mi się, że są takie słowa, hasła, które historia nam ukradła i których lepiej nie używać. „Rewolucja kulturalna” kojarzy mi się przede wszystkim z Mao, i w związku z tym używanie tego zwrotu jest dla mnie niestosowne. Podobnie, jak, na przykład, używanie określenia „ostateczne rozwiązanie” na skuteczne i racjonalne rozwiązanie jakiegoś problemu. Naturalnie nie zakładam tutaj świadomego nawiązania autorów do rewolucji kulturalnej w Chinach.

W każdym razie, słuszne i inspirujące tezy postawione w manifeście tracą na takim, a nie innym ubraniu w słowa. Za bardzo kojarzą się z intelektualną fascynacją radykalnym ruchem rewolucyjnym. Z językowym odpowiednikiem założenia koszulki z podobizną Che Guevary.

Dla zachowania równowagi muszę odnotować, że w tekście są też sformułowania pozytywne, mniej agresywne w tonie. Biorę również pod uwagę to, że manifest to nie artykuł naukowy. Manifest może być niedokładny, sprzeczny. Ma przecież angażować, a nie informować czy ułatwiać zrozumienie.
Mnie zaangażował, przypomniał o kilku podstawowych pytaniach i podpowiedział nowe.

Reklamy