Było dużo treści, dużo emocji, dużo deklaracji i postulatów. Obecność emocji trochę mnie zaskoczyła, zapomniałem już o tym, że spieranie się na temat właściwej definicji terminu „socjalizm” może prowadzić do wymachiwania rękami, podnoszenia głosu i przyspieszenia tętna.
U Andrzeja Mencwela i Leszka Balcerowicza prowadziło.
Za to wyraźne artykułowanie deklaracji i postulatów było elementem świadomej taktyki niektórych mówców. Kongres jest zapisywany w całości i zapis ten będzie materiałem do prac na reformą kultury. Stąd brało się poczucie wagi wypowiadanych przez prelegentów słów.

Na analizę merytoryczną poruszanych pierwszego dnia Kongresu Kultury Polskiej wątków przyjdzie czas. Tymczasem czuję nieodpartą potrzebę podzielenia się kilkoma wrażeniami. Dotyczą one może mało istotnych szczegółów, koncentrują się na sposobie używania języka – a jednak nie dają mi spokoju.

Niespodziewanie, na Kongresie Kultury mówiono o sporcie, a dokładniej, piłce nożnej. Kontekst był zdecydowanie polemiczny, pieniądze idą na stadiony (a mogłyby pójść na kulturę), politycy wolą się fotografować na meczach (a nie w teatrze), w ogóle częściej chodzą na mecze (a nie do teatru), sport jest bardziej doceniany przez polityków (niż kultura) bo dotyczy większej grupy potencjalnych wyborców.

Jeżeli chodzi o moc retoryczną i obrazowość – odwołanie się do sportu bardzo trafne. Jeśli chodzi o sens – trochę niepokojące. Bardziej kojarzy się z językiem „Faktu”, tym razem w edycji dla elit kulturalnych.
Występuje tu bowiem ukryte założenie, że wydawanie pieniędzy na sport, w tym na organizację Euro 2012 jest mniej celowe niż wydawanie pieniędzy na kulturę. Pojawia się również konfrontacyjny język, sugerujący, że jest jedna pula pieniędzy, która może być przesuwana i że zamiast do „nas” poszła do „nich”. To niebezpieczna, populistyczna ścieżka, z której bardzo łatwo zaatakować z kolei wydatki na kulturę.

Rozumiem, że akurat sport znalazł się na celowniku twórców kultury
z racji zamiłowania części znajdujących się u władzy polityków do piłki nożnej. Trochę w tym jednak było uproszczenia sugerującego, że skoro „biegają za piłką” to są ludźmi niekulturalnymi. Znowu na myśl przychodzi styl „Faktu”.

Wiem, że Zadara przedstawiał swoje konkretne, umotywowane
i przemyślane poglądy. Nie wiem tylko w jakim celu postanowił nadać im zabarwienie lekko agresywne i używać języka wprowadzającego podziały.

Zresztą język podziałów ujawnił się w jeszcze jednym momencie.
W odpowiedzi Waldemara Dąbrowskiego na wystąpienia Leszka Balcerowicza i Jerzego Hausnera pojawiła się figura „Wy-ekonomiści” kontra „My-ludzie kultury”. Sens był, mniej więcej, taki: „Wy-ekonomiści” nas nie rozumiecie, ale „My-ludzie kultury” was przygarniemy i wytłumaczymy Wam o co chodzi. Całość nabrała potem pozytywnego zabarwienia i kolejni dyskutanci-ekonomiści czuli się w obowiązku w żartobliwy sposób deklarować „jestem ekonomistą”.
Prawdą jest też to, że analizy Balcerowicza i Hausnera dochodziły do takiego miejsca, gdzie wyraźnie można było wyczuć ich bezradność wobec branży kulturalnej (ale to temat zasługujący na osobne omówienie).

Pojawiło się jeszcze sporo ciekawych kontekstów dla słów takich jak „prywatny”, „publiczny”, „firma”, „zysk”.
Nie przestaje mnie dziwić, że słowa „prywatny”, „firma”, „zysk” nabierają w ustach twórców kultury wyraźnie gorzkiego smaku.

Na koniec, ponieważ tytuł bloga zobowiązuje, muszę upomnieć się
o Wielkiego Nieobecnego kongresu, czyli odbiorców kultury, publiczność. Nawet nie tyle Nieobecnego co Uprzedmiotowionego, czy też Paternalistyczne Traktowanego.
Często się mówiło o odbiorcach, a to, że trzeba sztukę „zanieść pod strzechy” (zresztą kongresowa kariera tego archaicznego zwrotu jest intrygująca), a to że „nie chcą uczestniczyć w kulturze”, że „trzeba ich zachęcić”.
Miałem jednak wrażenie, że nikt nie jest tak naprawdę zainteresowany poznaniem zdania „naszych drogich odbiorców”.
Społeczeństwo ma być raczej „kształtowane” przez kulturę, „uszlachetnianie, „demokratyzowane” itd. Jednak zawsze jako strona bierna tego procesu.

Reklamy