Niełatwo oddać się chłodnej, spokojnej refleksji na temat raportu
o teatrze
przygotowanego na Kongres Kultury, gdy dwa dni temu Zbigniew Brzoza został odwołany z funkcji Dyrektora Artystycznego
w Łodzi.

Czytanie w raporcie o „modelach organizacyjnych”, „dobrych praktykach”, „źródłach finansowania” w zestawieniu z lekturą prasowych doniesień z Łodzi jest dość groteskowe. Czuję się trochę tak, jakbym siedział na stadionie piłkarskim podczas bitwy kibiców
i czytał sobie książeczkę ze złotymi myślami Pierra de Cubertina o tym, że „że zawody sportowe winny zastąpić wojny i konflikty, a młodzież całego świata zamiast walczyć na frontach wojennych powinna mierzyć swe siły na stadionach.”

Stopień irracjonalności „sprawy Brzozy” jest dla mnie tak przytłaczający, że nawet nie potrafię zrelacjonować, o co w nim chodzi. Domyślam się, że mamy tu do czynienia z grą interesów, dla której „argumenty”, „powody” są tylko nadbudową. Wolałbym jednak znaleźć inny klucz do rozmawiania o teatrze i o kulturze, który uchroni mnie
od konkluzji, że „tak naprawdę” chodzi o władzę i pieniądze.

Jeśli, gdzieś z odmętów świadomości, z dawnych czasów, zaczynają wypływać na powierzchnię hasła typu „strzelaj albo emigruj” to dla mnie znak, że naprawdę sytuacja jest silnie frustrująca.

Ani nie mam ochoty strzelać, ani emigrować. Tym bardziej, że nie potrafię jednoznacznie stanąć po stronie „artystów” przeciwko „urzędnikom”, ani, tym bardziej, po stronie „urzędników” przeciwko „artystom”.
Wolę raczej opowiedzieć się przeciwko temu, że czuję się zmuszany
do myślenia w takich kategoriach.

Czy zmuszany przez kogoś? Nie, i to jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Bo „aktorzy sporu” są tylko aktorami, nie ma szans na zidentyfikowanie osób odpowiedzialnych za sytuację, w jakiej znajduje się zarządzanie kulturą w Polsce. Bo trzeba by wskazać na ścisłe powiązanie tej sytuacji z jakością zarządzania Państwem w całości,
z oceną funkcjonowania samorządów, z jakością życia politycznego,
z żywotnością społeczeństwa obywatelskiego itd.

Mimo poczucia bezradności zamiast „strzelania” lub „emigrowania” wybiorę opcję „pracy u podstaw”.
Ostatecznie, żeby w ogóle zacząć ze sobą rozmawiać o kulturze
w aspekcie zarządzania trzeba wypracować język tej rozmowy. Zwraca na to uwagę ostatnio Bogna Świątkowska.
Zresztą chyba wszyscy zaczynają czuć taką potrzebę. Ile bowiem jeszcze lat można bezrefleksyjnie używać takich sformułowań jak „teatr jest dla widza”, czy, z drugiej strony, ogłaszać „sukces artystyczny” po ukazaniu się dwóch, trzech dobrych recenzji
w wysokonakładowych gazetach.
Jak można cokolwiek oceniać, nie będąc zgodnym co do kryteriów oceny.

Wychodzę z założenia, wedle którego zmiany instytucjonalne, społeczne nie są możliwe bez uprzedniej zmiany świadomości, zmiany postaw.
Dla jasnego określenia swojego stanowiska potrzebne są kategorie, język niezbędny do wyrażenia swojego zdania. W tym upatruję sensu zastanawiania się nad „modelami organizacyjnymi”, „dobrymi praktykami”, „źródłami finansowania”.
Nawet, gdy pokusa radykalnego uproszczenia całej dyskusji
do kategorii „my i oni” jest bardzo silna.

Reklamy