Jestem w trakcie studiowania raportów przygotowanych na Kongres Kultury i niebawem zacznę pisać na ich temat. W międzyczasie proponuję wakacyjny wpis.

Bez obaw, nie zamierzam zdawać relacji ze swoich wakacyjnych podróży. Chciałbym za to zwrócić uwagę na jedno zagadnienie związane z promowaniem wydarzeń kulturalnych, które odbywają się w okresie wakacyjnym, tam gdzie panuje duży ruch turystyczny.

Wobec tego typu warunków narzędzia takie jak kampania on-line, kampania billboardowa, wysokiej jakości druki promocyjne, a nawet informacje w mediach itp. powinny zejść na dalszy plan (chociaż, jeśli budżet pozwala, nigdy nie zaszkodzą). W tym okresie trzeba dotrzeć do ludzi na ulicy z bardzo, bardzo prostą informacją.

Dość niespodziewanie wzorem stają się tutaj standy (zwane czasem malowniczo potykaczami), które reklamują wieczorne koncerty. Na przykład ten, zauważony przeze mnie w Krakowie.

today

Mało wyrafinowane? Tak. Mało estetyczne? Oczywiście! Może nawet… prymitywne? Jak najbardziej, na dodatek prowizoryczne, łopatologiczne, nie kojarzące się z promocją kultury wysokiej, zawierające bardzo mało informacji, bez atrakcyjnego layoutu….

Mimo wszystko, to dla mnie wzorcowy przykład wakacyjnych działań promocyjnych. Po pierwsze, informacja dociera w najwłaściwsze miejsce. Tam, gdzie istnieje największe prawdopodobieństwo kontaktu turysty z informacją. Czyli na ulicy: tam gdzie spaceruje niespiesznym krokiem i omiata ulicę leniwych spojrzeniem.

Jedyne na co musi trafić, to nie plakat na słupie ogłoszeniowym z programem imprez obejmującym na przykład trzydzieści różnych wydarzeń, ale napis „TODAY”. W wakacje wypoczywamy, również umysłowo, zatem przekaz podany w formie ciągu „dzisiaj, za trzy godziny, tutaj, koncert” będzie łatwy do przyswojenia. Nawet po smacznym obiedzie zjedzonym w uroczej restauracji.

Całkiem poważnie mówiąc, prawdopodobnie większość turystów nie kupuje lokalnych gazet, nie ogląda lokalnej telewizji, nie słucha lokalnego radia. Korzysta z internetu głównie w celu komunikowania się ze znajomymi. Nawet w punkcie informacji turystycznej może być turyście trudno zorientować się w wielości ulotek, ofert, folderów. To zresztą kolejny argument za maksymalizacją prostoty przekazu. Bowiem głównym doświadczeniem percepcyjnym człowieka, który znajduje się w mieście tłumnie odwiedzanym przez turystów jest doświadczenie chaosu.

Moje socjologiczne sumienie nakazuje mi w tym momencie zaprzestania spekulacji. Słucham głosu tego sumienia i zostawiam rozważania na temat sposobów zachowania turystów jako robocze hipotezy, które należałoby zweryfikować stosownymi badaniami.

Dodam tylko, że przejście na „tryb wakacyjny” dotyczy nie tylko przyjezdnych lecz także mieszkańców miasta. Ci, chociaż nie mają urlopu, wieczorem też pragną korzystać z wakacyjnej oferty swojego miejsca zamieszkania.

Podsumowując występują trzy czynniki sukcesu w dotarciu z ofertą kulturalną w czasie wakacji.

Miejsce – ulica, bezpośredni kontakt z potencjalnym uczestnikiem wydarzenia (standy na chodniku, rozdawanie ulotek).

Czas – bezpośrednio przed wydarzeniem.
To bardzo istotne, bo w wakacje rośnie liczba osób, które nie mają zaplanowanego wieczoru. Są niezdecydowane, przez co podatne na „impulsowy zakup kulturalny”.
Militarnie rzecz ujmując, w wakacje trzeba walczyć o widza/uczestnika do ostatniej minuty.
Co naturalnie nie wyklucza wykonania całej wcześniejszej pracy zgodnie z zasadami sztuki, to znaczy poinformowania o wydarzeniach z dużym wyprzedzeniem.

Prostota – komunikat maksymalnie skondensowany i niejako odwrócony. Najpierw mówimy kiedy, gdzie, dopiero potem co (przepraszam wszystkich artystów, tym razem jesteście mniejszą czcionką:)

Oczywiście, żeby nadać moim wnioskom większą siłę przekonywania, powinienem ją dopracować, dobrze nazwać. Na przykład „zasada hic et nunc”, „metoda tit” (od teraz i tu), czy może „modyfikacja strategii promocyjnej oferty kulturalnej na podstawie analizy modeli zachowania turystów preferujących turystykę miejską”.
Ale są wakacje i sam nie wiem, gdzie się dzisiaj wieczorem wybieram…

Reklamy