Jeżeli mam wiernych czytelników, to przepraszam ich na początku tego wpisu za moją niską aktywności na blogu. Nie obiecuję poprawy, bo ryzykowałbym tym samym złe samopoczucie z powodu niedotrzymania obietnicy.

Wydarzyło się jednak coś, co zmotywowało mnie do powrotu do pisania. Michał Zadara stał się jednym z felietonistów e-teatru i zaczął pisać również o widzach.
W felietonie zatytułowanym „O krytyce teatralnej” autor zwraca uwagę, między innymi, na niedostatek refleksji socjologicznej i ekonomicznej poświęconej współczesnemu polskiemu teatrowi .
I już tylko za to chwała Zadarze. Reżyser, który przejawia zainteresowanie takimi aspektami funkcjonowania teatru i daje temu publicznie wyraz, choćby i w felietonie, jest godny uznania.

Nie będę streszczał tez felietonu (zainteresowanym odsyłam do tekstu), przejdę od razu do kilku komentarzy.

Sam postulat „poszerzenia pola dyskursu” jest dobry, sądzę jednak, że Zadara niepotrzebnie (choć może celowo) wiedzie myśli czytelnika na manowce, z upodobaniem używając terminu „materialistyczna”. Być może przesadzam, ale proponowanie terminu „materialistyczna krytyka teatralna” z jednej strony, a odwołanie się do Rolanda Barthesa z drugiej sytuuje całą dyskusję w obszarach neomarksistowsko-postrukturalistycznych.

Tymczasem socjologicznej i ekonomicznej analizy teatru można dokonać za pomocą standardowych narzędzi tych nauk.
Nawet nie przechodząc od razu do zaawansowanych narzędzi naukowych, na początek wystarczyłyby zwykłe badania rynkowe: oszacowanie wielkości rynku, zbadanie zachowań konsumenckich widzów teatralnych itp.

Jestem przekonany, że tylko prosta analiza statystyczna oparta na rzetelnych danych wprowadziłaby sporo zamieszania w życie teatralne. Nie mogę zgodzić się z tezą Zadary „Nie mamy w ogóle narzędzi, by o teatrze mówić materialistycznie.”.

Takie narzędzia istnieją (zarówno w sferze badań rynkowych, jak w strefie ściśle naukowej). Są drogie, skomplikowane, wymagałyby przystosowania do specyfiki teatru. Ale każde narzędzie badawcze czy analityczne wymaga przystosowania do badanej czy analizowanej dziedziny, czy będziemy badać/analizować populację ludzi jedzących cukierki z nadzieniem alkoholowym, członków nowych ruchów religijnych, czy kolekcjonerów płyt Depeche Mode.

Chyba że intuicja Zadary jest inna, pisząc o braku narzędzi może miał na myśli problem interpretacji. Tutaj zgoda, prawdopodobnie nie ma narzędzi interpretacyjnych, które umożliwiają zintegrowanie danych z obszarów krytyki artystycznej, socjologii, ekonomii, psychologii, historii i jeszcze paru innych nauk. Jednak ten problem dziedzina teatru podziela z wieloma innymi dziedzinami, przenikanie i integracja nauk jest wyzwaniem właściwie w każdym obszarze badawczym.

Nie chciałbym kontynuować tego wątku, bo akurat moim zdaniem, żeby opisać dziedzinę X nie trzeba tworzyć kolejnej Xiologii, czy proponować nowego podejścia Xiologicznego. Lepiej najpierw spróbować użyć sprawdzonych, istniejących narzędzi. Ewentualnie, jeśli sromotnie zawiodą, zastanowić się na czymś nowym.

Wracając do felietonu. Pytanie (chciałoby się powiedzieć: utrzymane w klimacie hermeneutyki podejrzeń), które moim zdaniem należałoby postawić brzmi: dlaczego gruntowne badania socjo-ekonomiczne dotyczące współczesnego polskiego teatru nie są na bieżąco prowadzone? Nie mam na myśli pojedynczej akcji, czy prostych zestawień typu „ile ludzi przyszło do teatru w ciągu roku”, tylko powtarzalne badania prowadzone według opracowanej metodologii.
Na dodatek takie badania, w których nie tylko zestawia się dane, ale też pojawiają się hipotezy i wnioski. To znowu bardzo szeroki temat, do którego chętnie kiedyś wrócę (czasem nawet śnią mi się takie ogólnopolskie, rzetelne badania…).
Skoro już mowa o snach, może ludzie teatru wypierają jakieś bardzo niewygodne dla siebie treści? Stąd brak zintegrowanych badań i analiz?

Mam też poważne wątpliwości, czy stawianie za wzór dla krytyki teatralnej krytyki sportowej jest słuszne. Zaletą krytyki sportowej, według Zadary, jest to, że „Krytyk futbolu czy boksu nie ma oporów przed łączeniem w jednym tekście następujących, przecież niby oddzielnych tematów: rzetelnego opisu meczu, oceny działania dyrekcji klubu, zarobków zawodników, stanu technicznego stadionu, walorów estetycznych meczu i zachowania oraz ilości kibiców.”

Moim zdaniem taki styl krytyki sportowej wynika nie ze stosowania zintegrowanego podejścia, tylko z tego, że sport potraktowany jest wyłącznie jako rozrywka, część popkultury. Właściwie najlepiej powiedzieć, że taki styl pisania świadczy o pochłonięciu sportu przez przemysły kultury (no i proszę, felietonista już mnie zaraził kategoriami szkoły frankfurckiej). Tak samo jak to się dzieje np. w kinie, gdzie w jednym tekście można poczytać o walorach artystycznych filmu, gażach aktorów, budżecie produkcji, zastosowanych nowinkach technicznych w czasie zdjęć i kłopotach wytwórni z pozyskaniem praw autorskich. No i oczywiście informacja, ile film zarobił w pierwszy weekend po premierze.
Taka fetyszyzacja budżetów, informacji produkcyjnych itp. w tekstach publicystycznych nie jest wzbogaceniem dyskursu o sztuce, przeciwnie, jest jego zubożeniem. Na pewno trudno tutaj mówić o pogłębionej refleksji.

Nawet jeśli tekst Zadary jest intelektualną prowokacją (na co zdają się wskazywać jego pozostałe felietony), bardzo dobrze, że w tekście pojawia się postulat poszerzenia pola dyskursu na temat teatru. Jest to bardzo potrzebne teatrowi „tu i teraz”, trudno jednak sobie wyobrazić, w jaki sposób owo poszerzenie miałoby się dokonać.

Reklamy