W czasie, gdy starałem się znaleźć wolną chwilę na przygotowanie tego wpisu (a trwało to dosyć długo) po światowych rynkach finansowych przetoczył się poważny kryzys, w cieniu którego rozstrzygnęły sie wybory prezydenckie w USA. Z zachowaniem właściwych proporcji muszę zauważyć, że te wydarzenia wywarły wpływ na mojego bloga. Otóż stawiają one w nieco innym świetle moje wcześniejsze rozważania na temat korzyści płynących z agresywnych strategii inwestowania. Trudniej będzie mi również przekonać w tym wpisie, że metafora „niewidzialnej ręki sztuki” jest atrakcyjna, gdy w każdej gazecie można przeczytać o całkowitej kompromitacji metafory „niewidzialnej ręki rynku”.

Cóż, jak mawiał Hegel, jeśli fakty przeczą mojej teorii, tym gorzej dla faktów. Nie zrezygnuję przecież ze swojej koncepcji tylko z powodu światowego załamania rynków finansowych.
Mówiąc poważnie, zdaję sobie sprawę z tego, że obecny ton publicystyki oraz nastroje społeczne osłabiają siłę przekonywania dyskursu liberalnego. Mimo to zapraszam, na potrzeby prowadzonych tutaj rozważań, do oderwania się od bieżących kontekstów społeczno-ekonomicznych i powrotu do źródłowych sensów i intuicji zawartych w takich określeniach jak np. „niewidzialna ręka rynku”.

Zanim przejdę do rzeczy, krótkie przypomnienie. W ramach kilku elementarnych spostrzeżeń zastanawiałem się już na tym jakie potrzeby zaspokaja teatr i jakie pełni funkcje, w szczególności społeczne i ekonomiczne, z perspektywy zarządzania miastem. Temat funkcji chciałbym zamknąć przenosząc koncepcję Adama Smitha z pierwotnego pola ekonomii na pole sztuki.
Koncepcja (czy też pojęcie/metafora) „niewidzialnej ręki rynku”, której autorem jest Smith, jak każda koncepcja podlega wielu interpretacjom, jak również zniekształceniom. Na poziomie publicystycznym los tej koncepcji jest nie do pozazdroszczenia. Zazwyczaj funkcjonuje ona jako „chłopiec do bicia” dla krytyków liberalizmu, tym bardziej obecnie, wobec sytuacji światowej gospodarki.
Na potrzeby wpisu pozostawiam jednak te kontrowersje za sobą i odnoszę się bezpośrednio do literalnego brzmienia fragmentu (dla zachowania kontekstu – przytaczam długi fragment):
„Ponieważ zaś każdy człowiek stara się, jak tylko może, aby użyć swego kapitału w wytwórczości krajowej oraz tak pokierować tą wytwórczością, ażeby jej produkt posiadał możliwie największą wartość, przeto (…) pracuje z konieczności nad tym, by dochód społeczny był jak największy. Co prawda, nie zamierza on na ogół popierać interesów społecznych ani też nie wie, w jakim stopniu je popiera. Kiedy woli popierać wytwórczość krajową, a nie zagraniczną, ma wyłącznie na uwadze swe własne bezpieczeństwo, a gdy kieruje wytwórczością tak, aby jej produkt posiadał możliwie najwyższą wartość, myśli tylko o swym własnym zarobku, a jednak w tym, jak i w wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu, którego wcale nie zamierzał osiągnąć. Społeczeństwo zaś, które wcale w tym nie bierze udziału, nie zawsze na tym źle wychodzi. Mając na celu swój własny interes człowiek często popiera interesy społeczeństwa skuteczniej niż wtedy, gdy zamierza służyć im rzeczywiście. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć, aby wiele dobrego zdziałali ludzie, którzy udawali, iż handlują dla dobra społecznego.
[Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, Warszawa 1954, PWN, t.2, s.46-47,

Na początek jeden komentarz do samego tekstu, Smith nie wprowadza wcale określenia „niewidzialna ręką rynku”, w przytoczonym fragmencie pojawia się czynnościowy opis, który odnosi się raczej do zjawiska, procesu niż do statycznego „bytu”, „prawa”, które rządzi rynkiem. W oryginale: „he is in this (…) led by invisible hand to promote an end which was no part of his intention”. Od strony metodologii mamy zatem, przynajmniej w przytoczonym fragmencie, do czynienia raczej z metaforą, niż z teorią.

Analiza tekstu jest bardzo zajmująca, ale najwyższy czas przejść do wyjaśnienia „niewidzialnej ręki sztuki”.
Stawiane dalej tezy będą częściowo sytuować się gdzieś w rejonach „ogólnych rozważań o twórczości artystycznej” (na marginesie, piszę o „twórczości artystycznej”, a nie po prostu „twórczości” ponieważ uważam, że kategoria działań „twórczych”, „kreatywnych” nie jest zastrzeżona tylko dla sztuki, równie dobrze funkcjonuje np. w nauce).

Niewidzialna ręka sztuki to ta „siła”, która powoduje, że artysta „mając na uwadze swój własny interes” „zdąża równocześnie do celu, którego nie chciał osiągnąć” i „popiera interesy społeczeństwa”.

Właściwie mamy tu do czynienia z dwoma tezami:

1. Artysta realizując swoje własne cele realizuje również cele społeczne.

I druga, mocniejsza i bardziej kontrowersyjna:

2. Im bardziej artysta skupia się na realizowaniu własnych celów, tym skuteczniej realizuje cele społeczne.

W pewnością nie uda mi sie w pełni „wyłożyć” w tym miejscu wszystkich konsekwencji i niuansów tych tez. Od razu nasuwa mi się wobec nich tyle wątpliwości, że trudno mi się powstrzymać od poświęcenia się się bez reszty ich roztrząsaniu. Dlatego przejdę od razu do uwag/wniosków powiązanych z „niewidzialną ręką sztuki”, które będą jednocześnie podsumowaniem i zamknięciem rozważanego wcześniej tematu „efektów ubocznych” sztuki.

Jeżeli i tak twórca jest prowadzony „jakby niewidzialną ręką” to nie musi i nie powinien zaprzątać sobie głowy pozaartystycznymi efektami swoich działań. Nie jest rolą artysty wykazywać, że to co robi jest „społecznie użyteczne”, nawet jeśli takie jest w istocie. Tym bardziej, nie ma potrzeby, żeby artysta był świadomy na przykład tego, że jego twórczość podnosi wartość marki miasta.

Oczywiście używam tutaj języka normatywnego, pisząc bardziej o tym „jak powinno być”, niż „jak jest”.

Z mojej normatywnej perspektywy np. systemy grantowe, w których twórca musi podawać pozaartystyczne powody powstania dzieła (np. „ten projekt wzmocni promocję miasta”, „pomoże zaktywizować kulturalnie dzielnicę” itp.) są z gruntu niewłaściwe.
Tutaj płynnie przechodzimy do jednego z zadań managera kultury, czy też producenta. To jego rolą powinno być opisywanie działań twórcy w kategoriach ekonomicznych, społecznych, promocyjnych itp.

Artysta powinien „opowiadać swoją opowieść” i ocenie powinien podlegać raczej stopień autentyzmu wypowiedzi, niekoniecznie stopień świadomości kontekstu swojej twórczości.

Zgodnie z gradacją tych dwóch tez, od powyższych uwag można przejść do uwag ogólniejszych i bardziej dyskusyjnych. Otóż, zgodnie z sugestią Smitha, popieranie własnego interesu prowadzi do skuteczniejszych społecznie działań, niż zadeklarowane działanie w interesie społecznym. Przenosząc tę tezę na pole sztuki, można z innej perspektywy przyjrzeć się twórczości, która w sposób zdeklarowany zajmuje się problemami społecznymi, czy też realizuje społeczne cele.
Mówiąc obrazowo, wolę na przykład twórczość motywowaną osobiście, nawet obsesyjnie, fiksacją na konkretnym temacie (często jest to jeden wciąż na nowo przetrwany temat) niż, dajmy na to, wyczuwalne czerpanie inspiracji z przekazów medialnych. (Chyba, że ktoś ma obsesję na punkcie przekazów medialnych.)
Niestety system grantów, mieszanie różnych poziomów opisu sztuki prowadzi do niebezpiecznego redukcjonizmu, który zmusza twórców do podporządkowywania form i tematów twórczości do zgłaszanego „zapotrzebowania”. Tymczasem proces powinien wyglądać w ten sposób, że najpierw mamy powstanie dzieła, w którym artysta kieruje się „własnym interesem”, a dopiero potem wkracza manager kultury/producent jako swoisty tłumacz, który objaśnia dzieło w kategoriach społecznych, ekonomicznych itp.

Miałem powstrzymać się od zastrzeżeń i podważania własnych tez, ale jednego nie mogę pominąć: możliwe są takie wypowiedzi artystyczne, w których mechanizm niewidzialnej ręki sztuki nie działa, nie są one w żadnym, nawet najbardziej wysublimowanym znaczeniu, społecznie użyteczne.

W większość przypadków jednak egoizm i narcyzm twórców (celowo przerysowuję) i tak przyczynia się do pomnażania dobra wspólnego, nawet wbrew ich intencjom.

Reklamy