Pozwolę sobie na moment oderwać się od od cyklu „kilka elementarnych spostrzeżeń” i skomentować wypowiedź, która w dość nieoczekiwany sposób opisuje zarządzanie projektami w sektorze kultury.

Jednocześnie jest to ciekawy przyczynek do analizy relacji pomiędzy urzędnikami/politykami a twórcami i menedżerami kultury.

Do rzeczy, wypowiedź dotyczy projektu budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Nie będę relacjonował historii sporu na temat projektu architektonicznego Muzeum (zainteresowanych odsyłam np. do zbioru artykułów zebranych przez redakcję e-teatru), ani tym bardziej zajmował stanowiska w tej sprawie.
Na potrzeby tego wpisu wystarczy powiedzieć, że wokół realizacji dużego projektu kulturalnego, który dotyczy utworzenia nowej instytucji kultury powstały kontrowersje, które polegają także na różnicy zdań pomiędzy ośrodkami władzy (Urząd Miasta – Ministerstwo) oraz ośrodkami władzy a twórcami (architektem z jednej strony, a zarządzającymi instytucją z drugiej).

W trakcie tego sporu dla wysokonakładowej ogólnopolskiej gazety wypowiada się wiceprezydent miasta Warszawy, Jacek Wojciechowicz. To co zaintrygowało mnie w jego wypowiedzi, to nawet nie tyle treść i argumentacja, co styl.

Oto pierwszy fragment:
(dziennikarka) „Zacytuję panu rzecznika ministerstwa: „Niedawno podpisaliśmy z miastem umowę zawierającą harmonogram przygotowań. Jesteśmy zdumieni, że go zaakceptowało, ale wstrzymuje projektowanie”.
(Wiceprezydent) „- Wielka rzecz – harmonogram! Najwyżej opóźni się o tydzień. Proszę zrozumieć, że Muzeum Sztuki Nowoczesnej nie jest naszym priorytetem inwestycyjnym.”

„Wielka rzecz – harmonogram!”. Rzeczywiście, dla każdego project managera to wielka i ważna rzecz.
Nie to miał prawdopodobnie na myśli Wiceprezydent. Naturalnie zaawansowane techniki zarządzania projektami zakładają modyfikowanie planów, tworzenie buforów czasowych w harmonogramie itp.
Trudno wyobrazić sobie, żeby kierownik dużego projektu inwestycyjnego mógł pozwolić sobie na publiczne wypowiadanie zdań w rodzaju „Najwyżej opóźni się o tydzień.”
Najwyżej opóźni się o tydzień, o dwa, miesiąc, potem będzie Boże Narodzenie itd. Może gdyby opóźnienia wyrażać w wartościach pieniężnych (jak robi się w praktyce zarządzania projektami) trudniej byłoby przejawiać tak dużą dozę beztroski jak autor wypowiedzi.

Powiązanie ekspresyjnego „Wielka rzecz – harmonogram!” z usprawiedliwieniem/wytłumaczeniem (bo tak to chyba należy rozumieć), „Muzeum Sztuki Nowoczesnej nie jest naszym priorytetem inwestycyjnym” wydaje się zaskakujące.
Skoro nie jest priorytetem, to można podjąć decyzję o zaprzestaniu realizacji projektu, zmniejszyć budżet projektu, wydłużyć czas realizacji (żeby zmniejszyć budżet, ale to należało by przewidzieć właśnie w harmonogramie) i wiele innych rzeczy. Nie przejmowanie się harmonogramem, który „najwyżej opóźni się o tydzień” raczej nie zalicza się do rzeczy, które są konsekwencją takiego, a nie innego spozycjonowania projektu w ramach portfolio projektów.

Wnioski? Smutne – wypowiedź tę można potraktować jako symptom niesprzyjających warunków dla wdrożenia zarządzania projektowego w sektorze publicznym. Tym bardziej niesprzyjających, że dotyczących mentalności, nie tyle braku pieniędzy, przepisów, kadr itp., co barier zakorzenionych w świadomości. Kto, z ludzi zajmujących się kulturą, nie usłyszał nigdy: „Mamy jeszcze czas”, „Nic się przecież nie stało” i tak dalej?

To nie koniec cytatów, na zakończenie wywiadu, którego ogólna wymowa zamyka się właśnie w stwierdzeniu „Przecież nic się nie stało” dziennikarka pyta: „To w czym problem?”.
Na co pada odpowiedź, która sprawia mi kłopoty w klasyfikacji, nie wiem czy to już poezja (prekursorska dla nowego gatunku „poezji urzędniczej”), czy błyskotliwe, dowcipne skojarzenie, czy branżowy żargon, czy też lekceważąca, pogardliwa wypowiedź.
Na pytanie, w czym problem, wiceprezydent największego w Polsce miasta odpowiada: „W niczym. To jakby przelot małego ptaszka, na który dyrekcja muzeum w budowie zareagowała histerycznie i chwyciła się wizji: „ta inwestycja padnie”. Z doświadczenia wiem, że takie środowiska zwykle nie potrafią zapanować nad emocjami. Może tak działa brak gabinetu i fotela.”

Teza jest mocna: takie środowiska zwykle nie potrafią zapanować nad emocjami.
Nie posiadam wystarczających zdolności analitycznych, żeby zrozumieć, co ma do tego „brak gabinetu i fotela”, ale nad tezą o panowaniu nad emocjami chciałbym się na chwilę zatrzymać.
Rekonstruując sposób myślenia Wiceprezydenta możemy domyślać się, że ludzie profesjonalnie związani z sektorem kultury (nie tylko twórcy, ale kadra zarządzająca itd.) cechują się pewną niedojrzałością, która przejawia się między innymi w histerycznych reakcjach na mało znaczące wydarzenia oraz z trudnością w panowaniu nad własnymi emocjami.
Nie zamierzam polemizować z tą tezą, przyjmuję ją z pokorą. Zresztą, gdybym się oburzył to potwierdziłbym tym samym, że ludzie pracujący w sektorze kultury reagują histerycznie na przeloty małych ptaszków.
Otóż nie, wypada jednak zauważyć kilka rzeczy. Po pierwsze, stereotyp działalności kulturalnej jako czegoś niedojrzałego, niepoważnego jest głęboko zakorzeniony. Po drugie język debat politycznych rozprzestrzenia się na inne debaty i znacząco zaniża ich poziom, co może spowodować, że niedługo społeczeństwo nie będzie miało jak ze sobą rozmawiać (innym przykładem, który potwierdza taką tendencję jest poziom forum internetowego e-teatru). I trzecia uwaga, czysto pr-owa, służby prasowe urzędu nie powinny dopuścić do opublikowania takiej wypowiedzi. Nie wiem w jaki sposób, ale sądzę, że należało by bronić Wiceprezydenta przed nim samym. Chociaż z drugiej strony, z góry zakładając niestosowność tych wypowiedzi, sam potwierdziłem, że ludzie związani z kulturą cechują się pewną dozą naiwności.

Wracając do zarządzania projektami: jedno zagrożenie dla prowadzenia projektów kulturalnych mamy zidentyfikowane. Teraz trzeba się zastanowić, jak je zneutralizować.

Reklamy