Nadal staram się przybliżać z różnych stron do tematu finansowania działań artystycznych z pieniędzy publicznych. Robiłem to już za pomocą modelu umowy społecznej, poprzez metaforę efektów ubocznych teraz chciałbym przeprowadzić analogię z inwestowaniem na giełdzie.

Mam nadzieję, że analogia będzie nośna dla ludzi myślących w kategoriach przedsiębiorczości, a przecież są np. tacy prezydenci miast, którzy z powodzeniem inwestują na giełdzie. Wychodzę z założenia, że dane zagadnienie łatwiej zrozumieć, gdy jest opisane językiem bliskim odbiorcy. Nie jest to równoznaczne z upraszczaniem, trywializowaniem – raczej jest dobrą praktyką komunikacyjną. Jak zatem można by opisać finansowanie sztuki w kategoriach gry giełdowej (czy, szerzej, inwestycyjnej)?

Zanim przejdę do opisu jedno zastrzeżenie: nie mam tutaj na myśli „inwestowania w sztukę”, polegającego na zakupie dzieł sztuki, które faktycznie występuje i rządzi się swoimi prawami jako jeden ze sposobów lokowania kapitału. Chcę poprowadzić analogię, która dotyczy bardziej giełdowego sposobu myślenia, strategii niż, przedmiotowo, obiektu lokowania kapitału czy procesu zawierania transakcji (analogia nie obejmuje na przykład emitowania akcji przez teatry).

W dużym uproszczeniu, inwestując pieniądze można przyjmować najróżniejsze strategie, które ogólnie klasyfikuje się według skali od niskiego do wysokiego ryzyka. Zależność jest następująca: niskie ryzyko – mniejszy, ale pewny zysk, wysokie ryzyko – większy, ale niepewny zysk (oraz ryzyko straty). Przydatna dla naszej analogii będzie również zależność, w myśl której np. inwestowanie w fundusze inwestycyjne wysokiego ryzyka przynosi korzyści tylko w długiej perspektywie czasowej.

Oczywiście inwestor nie stoi przed alternatywą rozłączną, ma do dyspozycji całą gamę rozwiązań pośrednich, które określa się mianem „portfeli inwestycyjnych”. Kolejna bowiem (z wielu) zasad inwestora głosi, żeby nie inwestować wszystkich środków w jednym miejscu (tzw. zasada dywersyfikacji).

Wyobraźmy sobie, że finansujące kulturę miasto tak naprawdę stosuje określoną strategię inwestycyjną i ma w swoim portfelu np. różne typy teatrów. Duże tradycyjne teatry (małe ryzyko, pewny zysk na stałym poziomie), teatry eksperymentalne (duże ryzyko, duży potencjalny zysk) itd.

Miasto może preferować portfel agresywny lub umiarkowanego ryzyka, ale zawsze będzie to portfel, na który będzie składał się pewien zestaw instrumentów. Ich proporcja zależała będzie od przyjętej strategii.

Portfel jest dynamiczny, instrumenty można „kupować” i „sprzedawać” (co w naszym przypadku oznaczało by „zmniejszyć/zaprzestać finansowanie, zwiększyć/rozpocząć finansowanie”. Decyzje o modyfikacji portfela podejmuje się na podstawie raportów, analiz – słowem, dostarczanej przez same instrumenty (spółki giełdowe) wiedzy oraz wiedzy dostarczanej przez fachowców.

Na potrzeby analogii przez „zysk” rozumiem wszystkie korzyści wskazane w poprzednich dwóch wpisach. Zwłaszcza mam na myśli zwiększanie wartości marki miasta przez sztukę.

Oczywiście nie tworzyłbym tej analogii, gdyby nie miała ona zaprowadzić czytelnika w pożądanym przeze mnie kierunku. Tak, finansowanie ryzykownych przedsięwzięć artystycznych jest najbardziej korzystne.
W dłuższej perspektywie czasu to ono zapewni inwestorowi sukces (pamiętając oczywiście o dywersyfikacji portfela).

Żeby wyostrzyć analogię przywołam jeszcze zjawisko inwestycji Venture Capital (jedna z odmian inwestycji Private Equity) , które polegają na inwestowaniu w firmę, we wczesnym stadium jej rozwoju (tzw. start-up), przed wejściem na giełdę. Czasami jest to inwestowanie w sam pomysł (czy, mówiąc z punktu widzenia pomysłodawcy, pozyskanie kapitału na realizację pomysłu).
Są to inwestycje wysokiego ryzyka, ale i zysk może przekraczać najbardziej optymistyczne oczekiwania. Znane i spektakularne przykłady pochodzą min. z branży informatycznej, żeby wymienić tylko Google czy Intela. Co ciekawe dla naszej analogii, ten kto inwestuje jest żywo zainteresowany i gotowy do pomocy „swojej” firmie, w którą zainwestował. Leży to bowiem w jego interesie.

Prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu można zwiększyć poprzez efekt skali, to znaczy inwestowanie w dużą liczbę przedsięwzięć. To po prostu zwiększa szanse na znalezienie swojego Google.
To kolejny trop, na który chciałem naprowadzić czytelnika. Nie tylko warto finansować ryzykowne przedsięwzięcia artystyczne, warto również finansować dużą ich liczbę na wczesnym stadium rozwoju.

Wyobraźmy sobie, że inwestujemy w spektakle, z czego 50% to kompletna klapa, 30% jest przeciętna, 15% da się określić jako dobre, wśród pozostałych bardzo dobrych 5% spektakli jeden objawił twórcę na miarę Kantora. Kto odnalazł tego „Kantora” pierwszy, wtedy gdy jeszcze nie był „Kantorem”, a dopiero się nim stawał – ten osiągnął sukces.

Przy czym nie chodzi tutaj o prosty mechanizm „szukania nowego Kantora”, czy „szukania nowego Szekspira” na przykład za pomocą konkursu z nagrodami. Przy takiej inwestycji nie wiemy nawet dokładnie czego szukamy. To jest właśnie ryzykowne, może być opłacalne i jest również piękne, jeśli mogę pozwolić sobie na wprowadzenie takiej z kolei estetycznej kategorii.

Nie byłoby, dajmy na to, zbyt dużym obciążeniem dla miasta aspirującego do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury „zainwestowanie” w dużą liczbę młodych twórców/potencjalnych twórców (poprzez stypendia i/lub stworzenie warunków twórczej pracy itp.). Młodych ludzi, którzy w 2016 roku będą świeżo po studiach, a obecnie na studia się wybierają. Jeśli kariery kilku z nich rozwiną się w czasie studiowania (co zdarza się w szkołach artystycznych) na miasto spłynie część splendoru.

Analogia jest, na co liczę, inspirująca i nie mam wątpliwości, że czytelnik rozwinie ją dalej na własny użytek. Może równie dobrze służyć jako analogia tworzenia repertuaru przez dyrektora teatru itp.

Chciałbym wskazać jeszcze na kilka istotnych dla mnie konsekwencji zaproponowanego modelu myślenia.

Jeżeli ktoś inwestuje np. w spółki z branży biotechnologicznej, nie oznacza to, że jest znawcą biotechnologii, a tym bardziej nie musi być jej miłośnikiem. Wystarczy, że dostrzega potencjalne korzyści wynikające z lokowania kapitału w tym sektorze.

W takiej perspektywie urzędnicy, prezydenci miast nie muszą być fanami awangardowej sztuki, nie muszą bywać na premierach, orientować się w artystycznych trendach itd. O ile finansują sztukę (i korzystają z wiedzy fachowców) wszystko jest w porządku. Dlatego zauważalna czasami wśród środowisk artystycznych nutka pogardy względem „nie znających się na sztuce” decydentów jest dla mnie niezrozumiała. Naturalnie nie mówię tu o przypadkach, w których za preferencjami estetycznymi czy ideologicznymi decydenta idą lub nie idą pieniądze. Chodzi mi raczej o myślenie typu: „W porządku: nie rozumiem, co Wy tam robicie i nie mam ochoty oglądać tych Waszych dziwnych działań, ale wiem, że to co robicie może przynieść korzyści mojemu miastu – i w jego promocji na zewnątrz i w jego wewnętrznym rozwoju.”

Inwestor nie musi ani lubić ani być znawcą tego, w co inwestuje, co oznacza również, że nie ingeruje w treść i formę działania. Jego opieka polega na tworzeniu sprzyjających warunków do rozwijania pomysłów (tworzenia). Wracając do metafory „efektów ubocznych” – te właśnie efekty interesują tego, kto daje kapitał (wartość rynkowa spółki biotechnologicznej, a nie np. transgeniczna kukurydza). Inwestor godzi się („wlicza w koszty”), między innymi, pewną liczbę przedsięwzięć nieudanych, długie okresy, gdy dany produkt ma niewielu odbiorców itp.

Wbrew takiemu myśleniu idzie jednak na przykład cały mechanizm finansowania kultury przez Unię Europejską, która stara się ingerować w treść (np. „szerzenie idei tolerancji”), w formę (koprodukcja z udziałem 6 partnerów z różnych krajów) oraz skalę (liczba odbiorców jako wskaźnik) przedsięwzięcia artystycznego. Frank Furedi w swojej książce „Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?” opisuje typ polityki kulturalnej (na przykładzie Wielkiej Brytanii), która bardzo inwazyjnie wkracza w formę i treść działalności artystycznej. Nie wspomnę już o, znanych każdej osobie zajmującej się kulturą, wypowiedziach polityków, radnych, urzędników, którzy za najważniejszą miarę działalności kulturalnej uznają wysokość wpływów ze sprzedanych biletów i liczbę widzów.

Można więc powiedzieć, „Piękna utopia, ale tylko utopia”. Warto jednak być zwolennikiem właściwej utopii (o czym pisałem wcześniej przy okazji utopii politycznych). Nie ma tutaj miejsca na przeprowadzenie dowodu, ale utopie, modele są istotne – bo kształtują rzeczywistość. Jak głosi konserwatywna obserwacja – idee mają konsekwencje.

W następnym wpisie – o niewidzialnej ręce sztuki.

Reklamy