Na początek krótkie przypomnienie, od końca sierpnia kontynuuję cykl wpisów pod hasłem „kilka elementarnych spostrzeżeń”. Zgodnie z zarysowaną na początku mapą:
pisałem już o Potrzebach
,w tej chwili omawiam Funkcje, następnie przejdę do kwestii związanych z Rynkiem.

Poprzednio skoncentrowałem się na pozaekonomicznych argumentach na rzecz finansowania teatrów ze środków publicznych, teraz proponuję zastanowić się nad argumentacją o zabarwieniu ekonomicznym. Argumenty będą ekonomiczne w tym znaczeniu, że będą odwoływały się do korzyści dających się opisać w języku gospodarki wolnorynkowej (czy, jeśli ktoś woli, kapitalizmu). W tej perspektywie banalne „opłaca się” nie musi koniecznie oznaczać „wpływu gotówki do kasy”, ale może odnosić się do bardziej subtelnych zjawisk jak „zwiększanie wartość marki”, „podnoszenie atrakcyjności inwestycyjnej” itp. Są to korzyści, które można wycenić (i robi się to), mają one jednak równocześnie wartość nie tylko księgową, lecz także wartość symboliczną (to skrót myślowy, ale jeśli zacznę go teraz rozwijać, to nie przejdę do rzeczy:).
Poprzednią argumentację starałem się prowadzić z punktu widzenia Państwa jako źródła dotacji, obecnie przyjmę perspektywę miasta/metropolii jako grantodawcy.

Z punktu widzenia zarządzania miastem utrzymywanie teatrów jest korzystne ponieważ:

– podnosi wartość marki

Nie chciałbym wchodzić głębiej w zagadnienia związane z zarządzaniem marką, przyjęło się jednak obecnie również miasta, regiony, Państwa opisywać w kategoriach marki, a co za tym idzie tworzyć i realizować strategie rozwoju marki, próbować rebrandingu (akurat w tym przypadku nie obejmującego zmiany nazwy) i tak dalej.
Na wartość marki składa się szereg elementów, teatr (czy szerzej kulturę) można potraktować jako jedną z części produktu-miasta. Jakość tej części (na przykład rozpoznawalność) może wpływać na podniesienie lub obniżenie wartości marki.

– jest oznaką statusu/prestiżu

Trudno mi podjąć decyzję, czy „teatr jako oznaka statusu” to tylko wyrażenie innymi słowami „podnoszenia wartości marki”, czy nazwa dla odrębnego zjawiska. Mam jednak wrażenie (które należało by zamienić w przekonanie), że są to dwie różne rzeczy.
Przyjmując metaforę, w której miasto jest np. bogatym biznesmenem, teatr byłby czymś w rodzaju zegarka Breitling Navitimer (ceny zaczynają się już od 14 tysięcy złotych) czy innego dobra luksusowego. Niby funkcjonalne (ten zegarek również pokazuje czas!), a jednak ostentacyjnie zbytkowne.
(W tym miejscu nie potrafię powstrzymać się do zauważenia, że gdyby zsumować wszystkie elementy, które nasz wyimaginowany biznesmen ma przy i na sobie, min. buty, teczka, spinki do mankietów, to otrzymalibyśmy po podliczeniu budżet przygotowania premiery teatralnej:)
Jeżeli komuś nie podoba się skojarzenie biznesowe może wyobrazić sobie miasto na przykład jako szczęśliwą rodzinę. Tutaj oznaką statusu byłby, dajmy na to, obraz wiszący w salonie, a jeżeli już nie sam obraz, to chociaż szykowna rama do tego obrazu.

Tak czy inaczej, korzystny dla miasta komunikat można by sformułować następująco: jesteśmy sprawnie zarządzanym, przyjaznym miastem, które może sobie pozwolić na galerie sztuki współczesnej, teatry, operę.

Opera zresztą jest bardzo dobrym przykładem, ponieważ w najwyższym stopniu reprezentuje zbytek.
Wydaje się, że w przypadku Opery dysproporcja między nakładem kosztów a liczbą wiernych odbiorców jest najbardziej znacząca.
Jest to symbol rozwoju i dobrobytu. Nie mogę tutaj nie przywołać ciekawej wypowiedzi Marka Weissa-Grzesińskiego, dyrektora Opery Bałtyckiej w Gdańsku, który słusznie przekonuje:
“Jak mówią Niemcy, miasto, w którym istnieje opera, ma wszystko. Opera jest zwieńczeniem cywilizacyjnych osiągnięć. Jeśli miasto ma operę, znaczy to, że ma też uniwersytet, politechnikę, ale także stadion i baseny. Pozornie jest najmniej potrzebna, bo zaspokaja najbardziej snobistyczne potrzeby, ale jakby wieńczy dzieło.”

Wracając do tematu, utrzymywanie teatrów jest korzystne ponieważ:

– podnosi atrakcyjność miejsca

Tutaj mechanizm jest prosty, teatr jako jedna z form zagospodarowania wolnego czasu (mówię językiem potrzeb, bo to jest blog o teatrze z punktu widzenia marketingu) wzbogaca miejską ofertę spędzania wolnego czasu – co wpływa na atrakcyjność miejsca. Atrakcyjność rozumianą jako czynnik osiedlenia się, ulokowania firmy/inwestycji, podjęcia studiów w danym mieście itp.
W sporządzonym przez PricewaterhouseCoopers raporcie na temat wielkich miast Polski za miarę potencjału rozwojowego miasta uznano stopień rozwoju siedmiu wyróżnionych kapitałów, wśród których obok kapitału technicznego i infrastrukturalnego, czy źródeł finansowania znalazł się również kapitał kultury i wizerunku. Autorzy raportu piszą: “Na wizerunek miasta w znacznej mierze wpływ ma jego aktywność w zakresie kultury wysokiej. Choć z usług kultury wysokiej korzysta zazwyczaj stosunkowo niewielki odsetek mieszkańców i gości, to właśnie znaczące wydarzenia kulturalne najłatwiej przebijają się do opiniotwórczych mediów i kształtują obraz miasta jako miejsca interesującego, atrakcyjnego i pociągającego.”

– wzmacnia kreatywność

W przeciwieństwie do wzmacniania atrakcyjności w tym przypadku mechanizm prosty nie jest. Żeby dobrze uzasadnić tezę o wzmacnianiu kreatywności trzeba by odwołać się do całej koncepcji przemysłów kultury, czy przemysłów kreatywnych. Należało by również wspomnieć o koncepcjach Richarda Floridy, który ukuł określenie “klasa kreatywna”. W ogromnym skrócie droga uzasadniania polegała by na wykazaniu, że wyraźna obecność sztuki (w tym teatru) w środowisku społecznym wzmacnia (na przykład przyciągając do miasta osoby kreatywne) potencjał twórczy tego środowiska.
Poprzez szereg subtelnych zależności wzmacnianie to idzie w poprzek branż: od ściśle artystycznych poprzez artystyczno-użytkowe po czysto użytkowe. Zapewne łatwiej uzmysłowić sobie te zależności na przykładzie sztuk wizualnych, designu, architektury, projektowania graficznego itp., gdzie występują powiązania formalne, warsztatowe, personalne.

Istnieje również sposób argumentacji, który odwołuje się do tego, że „sektor kulturalny” tworzy miejsca pracy i generuje przychody (w takim sensie, że, aby dojechać do teatru płaci się za taksówkę, po spektaklu idzie się do restauracji na kolację itp.). Takie rozumowanie odnaleźć można w dokumentach Unii Europejskiej poświęconych Funduszom Strukturalnym, popularne jest również na przykład liczenie, ile miasto może „zarobić” na przyznaniu tytułu Europejskiej Stolicy Kultury.
Efekt ekonomiczny istnienia kultury w sensie generowania przychodów i miejsc pracy niewątpliwie występuje i jest mierzalny. Nie przeceniałbym jednak znaczenia tego efektu.
W takiej perspektywie sztuka na starcie przegrywa np. ze sportem, czy wyborami miss, bo nie wygeneruje tak dużych przychodów.
Lepiej szukać takich dróg argumentacji, w których sztuka (teatr) jest niezastępowalna (nic tak nie wzmacnia kreatywności, nie da się inaczej okazać prestiżu itd.) Ponadto zwiększenie wartości marki produktu-miasta przez sztukę zawsze będzie nieporównanie wyższe (w wartościach finansowych – skoro mówimy o wycenie) niż wartość przychodów generowanych przez sztukę.
Nie kwestionuję jednak tego, że warto powoływać się na ten efekt przy dużych przedsięwzięciach kulturalnych.

Jeżeli ktoś, podczas lektury tego wpisu, miał ochotę przerwać mi i powiedzieć: „Chwileczkę, ale przecież nie o to chodzi w sztuce, żeby wzmacniała markę, podnosiła atrakcyjność miejsca i co tam jeszcze. Sztuka ma inne cele.” to miał całkowitą rację. Zgadzam się.

To co tutaj proponuję, to nie redukcjonizm tylko wprowadzenie innego poziomu opisu. Jeszcze lepiej można pokazać sposób na pogodzenie właściwych celów sztuki (a ponieważ nie jest to blog z teorii sztuki to nic na temat tych celów nie napiszę) z proponowanym tutaj praktycznym opisem przywołując metaforę „efektów ubocznych”. Wymienione wyżej efekty nie przynależą do istoty procesu twórczego, są efektami ubocznymi. Tak się dobrze składa, że akurat ta grupa efektów ubocznych jest pożyteczna.

Określenie efektów ekonomicznych (w pewnym stopniu również pozaekonomicznych)
mianem „efektów ubocznych” niesie istotne konsekwencje dotyczące zdefiniowania relacji między artystami a przedstawicielami władzy.
Tym tematem zajmę się w następnym wpisie, gdzie postaram się również przeprowadzić analogię pomiędzy finansowaniem kultury a inwestowaniem na giełdzie. Poza tym, niewykluczone, że pojawi się w tekście niewidzialna ręka sztuki.

Reklamy