Zgodnie z obietnicą przechodzę od razu do przedstawienia pozaekonomicznych argumentów na rzecz publicznego finansowania teatrów, rozwijając argumentację w kontekście metafory „umowy społecznej”.

Społeczeństwo umawia się z ludźmi tworzącymi teatr na to, że będzie z publicznych pieniędzy utrzymywało teatry dlatego, że:

– teatr jest miejscem debaty publicznej

Ponieważ społeczeństwo (liberalne) jest zainteresowane stwarzaniem możliwości realizowania różnych „projektów życiowych” (według innej terminologii: „realizowania różnych wizji dobrego życia”) jest gotowe angażować się (również finansowo) w tworzenie miejsc, instytucji, wydarzeń – gdzie różne modele życia, strategie mogą być testowane, prezentowane, odkrywane.
Ta ostatnia funkcja jest szczególnie ważna, dobrze jest „stwarzać możliwości” bo dzięki nim praktyki społeczne, idee mogą wzbogacić się o nowe elementy, które bez odpowiednich warunków miały by mniejsze szanse powstania lub nie miały ich wcale.
Nie mam na myśli tylko i wyłącznie „teatru jak przestrzeni debaty publicznej” w znaczeniu prezentowania określonych postaw światopoglądowych, politycznych itp. przy wykorzystaniu teatru jako „środka przekazu” (chociaż to również jest istotne). Chodzi także o bardziej niejednoznaczne formy, jak dopuszczanie do głosu grup/dyskursów marginalizowanych, prezentacja doświadczania świata z określonej perspektywy (genderowej, różnych orientacji seksualnych itp.).
Ważne dla debaty publicznej będzie również „oswajanie” społeczeństwa poprzez sztukę (teatr) z istotnymi wyzwaniami, np. tematyzacja problemu „obcego” w kontekście wielokulturowości społeczeństw.

Zasadami, którymi powinien rządzić się tak rozumiany teatr powinny być: różnorodność i wolność wypowiedzi. Można by tutaj kontynuować wątek szukając innych metafor: „laboratorium” społecznego (także modele dotyczące samego procesu tworzenia, organizacji wspólnot artystycznych kwalifikują się jako „testowanie modeli życia społecznego”), „prototypowni” – gdzie różne strategie życiowe mogą być oglądane (podglądane) i doświadczane (oczywiście w sposób zapośredniczony, co tylko zmienia typ doświadczenia, ale nie neguje jego wartości). Funkcje laboratoryjne dało by się poszerzyć o „testowanie” nowych sposobów komunikacji, gdzie nawet eksploracja możliwości nowych technologii będzie społecznie potrzeba (ten akurat związek jest bardziej widoczny w sztukach wizualnych).

Jeszcze jeden wymiar teatru jako miejsca debaty publicznej uzasadniać powinien konieczność jego utrzymywania (z publicznych środków). Otóż społeczeństwo liberalne może zachować żywotność jedynie podlegając nieustannej wewnętrznej krytyce. Jest to cecha dystynktywna tej utopii, przeświadczenie o tym, że programowo należy poddawać swoje przekonania rewizji. Teatr jest często jednym z narzędzi krytyki społecznej i to właśnie czyni go atrakcyjnym dla społeczeństwa.
Rozumiem, że trudno sobie wyobrazić polityków, którzy gotowi są wydać każde pieniądze, żeby istniały środowiska, które ich krytykują, ale taki właśnie mechanizm mam na myśli. Przy czym nie chodzi tutaj o traktowanie sztuki jako „wentyla bezpieczeństwa”, na zasadzie „niech tam sobie poszaleją w kontrolowanych warunkach, a my robimy swoje”.
Chodzi raczej o traktowanie artystów jako „partnerów dyskusji”, a może nawet jako „sumienia”.
Idea wygląda na odległą od rzeczywistości. Być może, ale dlaczego w takim razie w systemach wolnorynkowych (to nie są utopie, o których pisałem, co najwyżej niedoskonałe przybliżenia do utopii) tak mało jest sztuki apologetycznej dla systemu, a tak dużo sztuki wobec systemu krytycznej?

Kończąc przedstawianie tego argumentu przytoczę fragment rozważań współczesnego filozofa polityki Willa Kymlicki, zdaniem którego dla liberalizmu „nieodzowny jest również taki kontekst kulturowy, który pozwoli jednostkom uświadomić sobie istnienie różnych wizji dobrego życia oraz nabyć umiejętność rozsądnej oceny tych wizji. Dlatego liberalizm tradycyjnie troszczył się o edukację, wolność słowa i prasy, swobody twórcze itd. Dzięki tym wolnościom możemy ocenić to, co wartościowe w życiu, w jedyny dostępny nam sposób – tzn. poznając rozmaite aspekty wspólnego kulturowego dziedzictwa.” (Willa Kymlicka, Współczesna filozofia polityczna, Kraków 1998, s. 227-228)

(Tym, którzy chcieliby szybko przyłożyć to zdanie do polskiej rzeczywistości i stwierdzić jego oczywistą nieprzystawalność do realiów przypominam, że nigdzie nie pisałem jaki system polityczny panuje obecnie w Polsce.)

W proponowanym przez Kymlickę rozumieniu liberalizmu do krótkiej listy rzeczy, które należy finansować ze wspólnych składek obok tak oczywistych jak siły zbrojne i policyjne pojawiają się również takie działania (i instytucje), które tworzą warunki zaistnienia pełnego „kontekstu kulturowego” – jak go nazywa Kymlicka, a co tutaj określałem jako „debata publiczna”.

Teraz, już krócej, przejdę do pozostałych dwóch argumentów, które właściwie są rozwinięciem pierwszego.

– teatr wzmacnia kompetencje kulturowe

Cytowany wyżej Kymlicka pisze o „nabyciu umiejętności rozsądnej oceny tych wizji (dobrego życia)”.
To również bardzo ważna (warta przyznania dotacji) funkcja teatru, w której mniej chodzi o treść, bardziej o wyrabianie wrażliwości. Doświadczanie teatru (czy innej dziedziny sztuki) składało by się w tej perspektywie na zestaw kompetencji kulturowych, które są potrzebne obywatelowi. Można tutaj mówić o swego rodzaju funkcji edukacyjnej, ale nie w sensie przekazywania treści lecz wyrabiania umiejętności (oceny, refleksji).
Realizowanie potrzeby „zastanowienia się nad swoim życiem” w teatrze (o którym pisałem wcześniej w innym kontekście) byłoby przejawem „nabywania umiejętności oceny różnych wizji dobrego życia”.

– teatr wzmacnia wspólnotę

Pewien rodzaj wspólnoty jest warunkiem koniecznym istnienia społeczeństwa (nawet, jak to się zwykło określać, „indywidualistycznego”). Miejsca, gdzie następuje manifestacja bezinteresownej wspólnoty powinny być zatem dla społeczeństwa szczególnie cenne. Jednym z takich miejsc jest teatr i to niezależnie od „ciężaru gatunkowego” prezentowanych spektakli. W tym miejscu możemy szukać uzasadnienia dla dotowania nawet tzw. „lżejszych form sztuki” dlatego, że jednoczą one ludzi w jednym celu, który jest bezinteresowny (w takim sensie, w jakim bezinteresowne jest doświadczanie sztuki).
Nie stoi to w sprzeczności z wcześniejszymi wpisami dotyczącymi realizowanych w teatrze potrzeb, bo tam poziom opisu był marketingowy, tutaj perspektywa jest inna.
„Wzmacnianie wspólnoty” jest szczególnie istotne dla społeczeństwa liberalnego, które nie opiera się na spoiwach typu więzy narodowe czy religijne. To co pozostaje takiemu społeczeństwu to właściwie idea wolnościowa i kontekst kulturowy będący jej przejawem. Idea wolnościowa jest mało atrakcyjna w sensie emocjonalnym, może dlatego właśnie kultura jest tak ważna (jako dziedzina mniej poznawcza).

Zarysowany wyżej typ argumentacji niewątpliwie można rozwinąć i wzbogacić (jak również namiętnie krytykować), mam jednak nadzieję, że ogólna idea została jasno przedstawiona.

Czy ta linia argumentacji może mieć praktyczne konsekwencje? Z pewnością tak, wystarczy zauważyć, że idea „zachowania dziedzictwa kulturowego” z naciskiem na „zachowanie” nie kwalifikuje się do traktowania jako wyjątkowo ważny cel, który warto finansować. Chyba, że mowa o wsparciu „jednej z wielu tradycji”.

Czy czytelnicy nie mają wrażenia, że odeszliśmy daleko od tematu „sprzedawania biletów do teatru”? Tylko pozornie. Przytoczę na zakończenie przeczytaną dzisiaj, w artykule poświęconym zarządzaniu, anegdotę o trzech kamieniarzach. Otóż zapytano ich, co robią. Pierwszy odpowiedział: „Zarabiam na życie”, drugi: „To co robię, to jest kamieniarstwo na najwyższym poziomie”. Trzeci kamieniarz odpowiedział: „Buduję katedrę”.

Zdecydowanie wolę budować katedry.

Reklamy