Ostatnio pisałem o teatrze z punktu widzenia kluczowej dla marketingu kategorii „zaspokajania potrzeb”. Teraz zmienię perspektywę i spojrzę na teatr z perspektywy ekonomii i zarządzania na poziomie lokalnym (miasto) i państwowym.
Nieco inaczej niż proponowałem w mapie myśli (bo, jak wspominałem, zdaje sprawę z procesu myślowego, który dzieje się „tu i teraz”) zarys odpowiedzi na pytanie „Dlaczego należy wydawać publiczne pieniądze na teatr?” podzielę na dwie części:
1. pozaekonomiczne argumenty na rzecz finansowania teatru ze środków publicznych
2. ekonomiczne argumenty na rzecz finansowania teatru ze środków publicznych

Tym dwóm typom argumentacji chciałbym przyporządkować dwie metafory/modele: w przypadku argumentów pozaekonomicznych inspirujący jest dla mnie model „umowy społecznej”, w argumentacji ekonomicznej „efektów ubocznych”.

1. pozaekonomiczne argumenty na rzecz finansowania teatru ze środków publicznych

Można zaryzykować tezę, że obecnie funkcjonujący model finansowania teatrów ze środków publicznych trwa „siłą rozpędu”. Wśród wielu istotnych debat dotyczących finansowania służby zdrowia, uczelni wyższych, reformy telewizji publicznej, restrukturyzacji górnictwa itp. problem teatrów jest problemem marginalnym. I to zarówno jeśli chodzi o przeznaczane na niego środki budżetowe (w odniesieniu do całości budżetu Państwa), jak i liczbę pracowników (kilka tysięcy osób – chociaż nie spotkałem się z danymi na temat całkowitej liczby osób pracujących w „branży teatralnej”) i odbiorców (kilkaset tysięcy, może około miliona – niestety również nie odnalazłem zbiorczych danych, tak czy inaczej nieporównanie mniej, na przykład, w stosunku do ogólnej liczby widzów telewizyjnych).

Uwaga opinii publicznej nie skoncentrowała się zatem nigdy na szukaniu odpowiedzi na pytanie „dlaczego właściwie teatr jest finansowany z naszych podatków”? Trzeba podkreślić, że w obecnym systemie dotowania mamy do czynienia w zasadzie z pełnym finansowaniem, a nie dofinansowywaniem. Nie mówimy tutaj o proporcji 50-50 czy 40-60.
Wielokrotnie, gdy znajomi pracujący „w sektorze komercyjnym” rozpoczynają ze mną rozmowę o teatrze, jednym z pierwszych „dyżurnym tematów” jest temat finansowania teatru i opłacalności ekonomicznej prowadzenia teatru. Moi rozmówcy zdają sobie sprawę z tego, że teatr jest dotowany (nie kwestionują również tego, że powinien być dotowany), ale gdy dowiadują się, jak nikły, z punktu widzenia prowadzenia biznesu, procent przychodów teatru stanowią przychody ze sprzedaży biletów zawsze są wysoce zdumieni. Każda z tych rozmów, gdy uświadamiam w jakim stopniu dotowany jest pojedynczy bilet, kończy się pełnym niedowierzania „AŻ TYLE???”.

Dla mnie inspirujący w szukaniu odpowiedzi na pytanie „Czy wydawać publiczne pieniądze na teatr i dlaczego aż tyle?” jest, zaczerpnięty z filozofii polityki, model „umowy społecznej”. Model we współczesnej wersji filozofa Johna Rawlsa, gdzie umowa społeczna nie jest rozumiana jako akt prawny, czy rzeczywista praktyka (wynik debaty, zbiór postanowień). Umowa społeczna w tym rozumieniu jest konstrukcją teoretyczną (czy też eksperymentem myślowym), który ułatwia normatywną odpowiedź na pytanie „dlaczego ludzie umawiają się ze sobą, że pewne zasady będą obowiązywać”. U Rawlsa chodzi głównie o to, jak uzasadnić wydatki socjalne Państwa. Tutaj model posłuży do uzasadniania wydatków Państwa na teatr. (Wszystkich specjalistów z zakresu filozofii polityki przepraszam za uproszczenia).

Kwestie publicznego dotowania teatrów chciałbym zatem postawić w ten sposób: na co właściwie umawiają się ludzie, którzy płacą podatki z ludźmi, którzy tworzą teatr?
Dlaczego finansowanie teatrów ma być częścią umowy społecznej, która uzasadnia również utrzymywanie publicznej policji, służby zdrowia, instytucji pomocy społecznej itd.

W tym miejscu nieuniknione staje się wskazanie na moje założenia, które tkwią u podstaw rozumowania.
Jestem zwolennikiem utopii liberalnej. Oznacza to, że gdybym miał wybierać wśród utopijnych modeli społecznych, taki w którym chciałbym żyć, to zdecydowałbym się na model liberalny. Nie wybrałbym utopii socjalistycznej, konserwatywnej, anarchistycznej, etatystycznej…
To jest ostrożny pogląd, ponieważ nie wchodzę w tym momencie w ocenę obecnie funkcjonujących systemów politycznych.
Dla rozważań na temat teatru oznacza to tyle, że de facto szukał będę „liberalnych argumentów na rzecz publicznego finansowania teatrów”. Na dodatek, będą one „pozaekonomiczne”, co w pierwszej chwili może wydać się dziwne.

No cóż, problem postawiony, założenia (przynajmniej ich część) obnażone. Czas przejść do argumentacji, ale to już w następnym wpisie:)

Reklamy