Mimo, że urlopowa pora nie sprzyja częstym wpisom na blogu (nawet na forum e-teatru znajduję mniej nienawistnych wpisów i absurdalnych dyskusji) – kontynuuję omówienie „manifestu Nowaka”, które zapoczątkowałem w poprzednim wpisie.

Widz idealny zdaniem Nowaka, czyli publiczność, którą jest zainteresowany nowy teatr to (rozkładając na czynniki pierwsze):
– ludzie, którzy chodzą do klubów
– ludzie, którzy chodzą do kina
– członkowie klubów motocyklowych
– młodzi intelektualiści
– robotnicy-fachowcy
– ludzie, którzy chodzą na koncerty
– bezrobotni
– ludzie, którzy szukają swojego miejsca w świecie

[W oryginalnym brzmieniu: „Nowy teatr (…). Dużo bardziej interesuje się tymi, których spotyka się w klubach, kinie, dziewczynami i chłopakami z klubów motocyklowych, młodymi intelektualistami, robotnikami-fachowcami, bywalcami koncertów, bezrobotnymi i tymi szukającymi swego miejsca w świecie.”]

Nie zamierzam polemizować z tym, że przedstawiciele każdej z tych kategorii pojawiają się w teatrze.
Równie dobrze jak: policjanci, przedstawiciele farmaceutyczni, młodzi ekonomiści, oficerowie ABW, członkowie koła parafialnego z dzielnicy Żabianka w Gdańsku itd. (podałem przykłady znane mi z doświadczenia – przypuszczam, że Maciej Nowak zrobił tak samo, mam nadzieję, że nie zastosował jedynie figury retorycznej pisząc na przykład o robotnikach-fachowcach czy dziewczynach z klubu motocyklowego).
Moja podstawowa wątpliwość dotyczy tego, czy wymienione przez Nowaka grupy rzeczywiście są reprezentowane wśród publiczności inaczej niż jednostkowo. Innymi słowy, czy rzeczywiście np. kluby mają ten sam target co teatr.
Uważam, że tak nie jest i nawet jeśli przyjmiemy, że mają to być grupy, które dopiero zostaną przyciągnięte do nowego teatru, to jest to raczej projekt, który nie ma szans powodzenia.
Nowak idzie dalej i uważa, że „tej publiczności nie interesuje teatr będący konwencjonalnym, kulturalnym gestem. By ją zaciekawić, niezbędne są wyraziste poglądy, orientacja w świecie, odwaga formułowania diagnoz.”
Ta teza, moim zdaniem, opiera się na błędnym założeniu. Zakłada się bowiem, że wymienione wcześniej grupy nie są zainteresowane teatrem jako „konwencjonalnym kulturalnym gestem”. Oczywiście, jednostkowo może być tak, że znajdzie się jeden, dwóch, dziesięciu członków klubu motocyklowego, którzy jednocześnie są fanami teatru awangardowego lub politycznego. Ale trudno w tym wypadku mówić o publiczności, mowa o jednostkach, które chodzą do teatru.
Zapewne każdy, kto miał bezpośrednie kontakty z widzami, bez problemu wymieni bardzo ciekawe osoby, zajmujące sie najróżniejszymi rzeczami zawodowo, których pasją jest teatr (i to wcale nie jako „konwencjonalny gest”).
Na tej podstawie można udowodnić jednak każdą tezę, na przykład taką, że cała nadzieja teatru leży w nauczycielach języka polskiego (bo znam kilku, którzy kochają niekonwencjonalny teatr, a nie znoszą konwencjonalnego).

Założenie Nowaka można osłabić również stawiając tezę (moim zdaniem badania socjologiczne mogły by ją potwierdzić), że wymienione grupy publiczności mogą mieć konserwatywne oczekiwania wobec teatru, przy jednoczesnej „progresywności” w innych dziedzinach życia, czy też w korzystaniu z innych przejawów kultury. Opieram się tutaj na własnych obserwacjach, na przykład osoba zajmująca się na co dzień sztukami wizualnymi w ich najnowocześniejszym wydaniu akurat od teatru może oczekiwać tradycyjnej formy i… rozrywki. Bywalcy koncertów zespołów alternatywnych czasami chcą odetchnąć od alternatywy i wybrać się do teatru na „dobry spektakl” (czyli wykonać „konwencjonalny, kulturalny gest”). To samo dotyczy „robotników-fachowców” i pozostałych grup (co do „robotników-fachowców” w manifeście pobrzmiewają pewnie echa klasycznych socjalistycznych wyobrażeń o „oświeconych robotnikach” i żal, że owi robotnicy oddają się radośnie kapitalistycznej konsumpcji) .

Dlatego manifest Macieja Nowaka traktuję jako bardzo sugestywny i inspirujący obraz, który jest trafny co do diagnozy stanu inteligencji, ale rozmija się z rzeczywistością w opisie „nowej publiczności”.

Zmieniające temat, nie mogę sobie odmówić drobnej złośliwości związanej z fragmentem manifestu, który omawiałem w poprzednim poście, a w którym była mowa o tym, że polska inteligencja zajęła się „spłacaniem kredytów, urządzaniem mieszkań, wyjazdami do Grecji i Hiszpanii. I ciągłym narzekaniem, które usprawiedliwia pasywność intelektualną i konsumpcyjny apetyt.” W komentarzu do tej wypowiedzi napisałem, że nie tylko nie uważam min. spłacania kredytów za coś niedobrego, ale mam niejasne przeczucia, że nawet członkowie Krytyki politycznej się tym zajmują.
Jak na życzenie niedawno w Gazecie Wyborczej ukazał się wywiad z Pawłem Demirskim i Moniką Strzępką przeprowadzony przez Joannę Derkaczew. Paweł Demirski należy do zespołu Krytyki Politycznej. Pojawia się tam wątek kredytu na mieszkanie, które w Berlinie kupują udzielający wywiadu twórcy.

„Monika Strzępka: Wcale nie emigrujemy. Kupujemy tylko mieszkanie w Berlinie, gdzie ceny są o jedną trzecią niższe od warszawskich. W dodatku z Berlina łatwiej niż z Warszawy dojechać do miast Dolnego Śląska, gdzie pracujemy.

Paweł Demirski: Załatwialiśmy kredyt na mieszkanie po premierze naszej „Śmierci podatnika”, w której centralnym motywem jest „święto brania kredytów”. Pokazywaliśmy groteskowość mechanizmu, w który sami musieliśmy wejść. Szczególnie upokarzające są rozmowy w banku. Sprawdzają, kim jesteś, czy jesteś wart zaufania, czy nie masz przypadkiem jakichś zobowiązań, dzieci… Bogu dzięki, nie mamy dzieci i mamy wielkie kredytowe szczęście. ”

Zatem jednak kredyt. Co prawda z pewną niechęcią, ale jednak twórcy nowego teatru wchodzą w konsumpcyjny nurt. I to od razu w wielkim stylu. Słyszymy wprawdzie, ze zakup mieszkania w Berlinie podyktowany jest tym, że jest taniej niż w Warszawie i bliżej do Dolnego Sląska.
Nietrudno jednak dojść do wniosku, ze jeszcze taniej jest w Wałbrzychu i zdecydowanie bliżej do Dolnego Sląska niż z Berlina. Jednak z niewyjaśnionych w wywiadzie przyczyn twórcy wybierają stolicę Niemiec. Od razu dodam, że, w mojej opinii, to bardzo dobry wybór, mam on jednak znamiona korzystania z dobrodziejstw globalizacji/wolnego rynku, co znowu dla mnie jest pozytywne, ale dla Demirskiego i Strzępki raczej nie.

Niesamowity jest też fatalizm Pawła Demirskiego, który konstatuje, że „musiał” wejść w ten „groteskowy mechanizm”. Nie sądzę, żeby istniał przymus zaciągania kredytów. Są ludzie, którzy nie zaciągają kredytów, bo na przykład nie maja zdolności kredytowej, inni nie robią tego z wyboru. Dotyczy to szczególnie kredytów hipotecznych.

A na dokładkę członek zespołu Krytyki Politycznej skarży się publicznie na „upokarzające rozmowy w banku”, gdzie „sprawdzają, kim jesteś, czy jesteś wart zaufania”. Czyżbym natknął się na przejaw „ciągłego narzekania”, o którym pisał Nowak?

Obiecuję, że w następnym wpisach sam przejdę do „programu pozytywnego”. Na razie ponarzekałem już dosyć na Ludzi Teatru.

Reklamy