Tym razem bardzo ciekawy i wielowątkowy cytat z wywiadu, którego udzielił prof. Janusz Górski dla miesięcznika „Teatr” . Co prawda Janusz Górski jest grafikiem (ASP Gdańsk), ale pisze o widzach teatralnych przy okazji wywiadu poświęconego sztuce plakatu teatralnego.

„Czy jednak musimy sprzedawać nasz teatr w taki sposób, jak to robią za granicą. Być może my mamy coś, czego oni nie mają. Teatr na Zachodzie stał się przedmiotem gry rynkowej i jest to proces nieodwracalny. Tamtejsze teatry, nawet jeśli mają ambitny repertuar, to przygotowują materiały reklamowe pod dyktando speców od marketingu. W Polsce do teatru chodzi relatywnie niewielu ludzi. Tych, którzy przyjdą, przywiodła nie sprytna akcja marketingowa, ale potrzeba ducha, chęć zrobienia czegoś dla własnego rozwoju. Innym powodem jest pozytywny snobizm – każdy kto dorobił się pieniędzy, wie, że wypada bywać w teatrze. Zatem i on pójdzie, by następnego dnia w pracy pochwalić się: byłem w Narodowym, widziałem Stenkę w „Tartuffie”. Może należy bronić takiego szlachetnego, inteligenckiego modelu wspólnoty teatralnych widzów.”
[Plakat teatralny: sztuka czy sztuka reklamy? Wywiad z Januszem Górskim, Teatr, nr 6/2008. s. 71.]

W tych kilku zdaniach Profesor postawił tyle tez, że nie wiem od czego zacząć. Od razu napiszę, że ta wypowiedz jest dla mnie charakterystycznym przykładem nierealistycznego i odrobinę aroganckiego sposobu myślenia niektórych twórców kultury o odbiorcach kultury.
Weźmy na przykład zidentyfikowanie przez Profesora zjawiska „pozytywnego snobizmu”. Od razu zauważamy, że z powodu snobizmu chodzą do teatru ci, którzy „dorobili się pieniędzy”. Nie wiem, czy chodzi o wszystkich, którzy przekraczają określony poziom dochodów niezależnie od wykształcenia, branży, stanowiska. W każdym razie, jeżeli już się tych pieniędzy dorobili to i wiedzą, że wypada bywać w teatrze. A bywać trzeba po to, żeby potem w pracy się pochwalić tym, że widziało się Stenkę.

Po pierwsze wydaje się, że zjawisko snobizmu obejmuje również osoby mniej zamożne, a także „inteligencję” (piszę w nawiasie, bo mam wątpliwości, czy istnieje jeszcze taka grupa społeczna).
Szaleństwo oglądania „gwiazd ze stolicy” obejmuje wszystkich niezależnie od poziomu dochodów.
Piszę to na podstawie obserwacji osób kupujących bilety do teatru. Naprawdę czasem nie jest trudno zauważyć, czy zakup biletów do teatru jest dla kogoś poważnym wydatkiem w domowym budżecie czy wydatkiem nieistotnym, właściwie to śmiesznie małym.

Po drugie, nie potrafię zrozumieć, dlaczego pisze się o „pozytywnym” snobizmie. Często ludzie kultury, ludzie teatru z rozmarzeniem opowiadają o takim szlachetnym/dobrym/pozytywnym snobizmie (który dla nich, z definicji, dotyczy „ludzi bogatych”). Tym bardziej, jeśli obok padają słowa o „duchowej potrzebie” chodzenia do teatru. Wydawało by się, że skoro tak, motywację snobistyczną trzeba jak najbardziej potępić. Jak z „inteligenckiego” punktu widzenia można uznać pójście do teatru po to, żeby na drugi dzień pochwalić się tym w pracy za pozytywne? A jednak słowa potępienia nie padają za to mamy zabawny opis zjawiska i etykietkę snobizmu, ale pozytywnego.

Mam dwie hipotezy, które tłumaczą takie miłe opisywanie snobizmu. Hipoteza pierwsza tłumaczy to czymś na kształt onieśmielenia, które odczuwają ludzie kultury w stosunku do świata „ludzi bogatych” (przy czym cały czas nie mam jasności, jaki próg dochodów zakładał autor wypowiedzi, żeby nazwać kogoś „tym, którzy się dorobił”). O ile łatwo jest skrytykować widownię szkolną, widownię szukającą tylko rozrywki o tyle trudniej jest wprost zaatakować tych, którzy mają pieniądze.

Druga hipoteza wyjaśni, dlaczego wspomniałem na początku o „odrobinę aroganckim sposobie myślenia” ludzi kultury. Otóż za opisem zjawiska „pozytywnego snobizmu” może kryć się i takie rozumowanie. „Wprawdzie, ci co się dorobili nie znają się na kulturze (w ogóle skoro się dorobili to są trochę podejrzani) i jeżeli chodzą do teatru to tylko ze snobizmu, bo tak wypada, ale skoro już chodzą to niech zostawiają w teatrze pieniądze, a dzięki temu, my-inteligenci będziemy mogli realizować swoje duchowe potrzeby”. Takie dziwne pomieszanie paternalizmu z resentymentem wobec bogatych.
Moim zdaniem, jeżeli ktoś szanuje widownię i traktuje poważnie to, co dzieje się na scenie, to nie powinien w żaden sposób opisywać zjawiska snobizmu jako zjawiska pozytywnego. Tym bardziej nie powinien łączyć „snobowania się” wyłącznie z tymi „którzy dorobili się pieniędzy” (samo określenie „dorobić się” nie jest neutralne). Jest to przejaw przedziwnego stereotypu „bogatego człowieka”, który niestety wciąż funkcjonuje w Polsce.

Patrząc też całkiem praktycznie na ten problem, ludzie kultury nie powinni pokładać zbyt dużych nadziei w tym, że ludzie bogaci będą w teatrze pozostawiać pieniądze. Bo, jeżeli faktycznie mamy do czynienia ze snobizmem, modą, to obiekt snobizmu szybko może się zmienić. Może lepszym tematem rozmowy w pracy „tych, którzy dorobili się pieniędzy” będzie zakup nowego kija do golfa albo sprowadzenie z USA limitowanego wydania koncertu Milesa Daviesa na CD.
Snobizm ludzi bogatych będzie się raczej wyrażał (jeżeli w ogóle) w konsumpcji dóbr luksusowych, przynależności do elitarnych klubów itp. Pójście na „Tartuffa” będzie naprawdę mało snobistyczne w tej perspektywie. Teatr jest za mało elitarny (i bardzo dobrze zresztą).

W każdym razie ja nie budowałbym strategii sprzedaży biletów do teatru na „snobizmie” zarówno z przyczyn praktycznych (mała stabilność zjawiska), jak i ideologicznych (typ widza niezgodny z misją).

Uff, rzeczywiście wielowątkowa wypowiedź Pana Profesora, w tym poście poprzestanę na „snobizmie”,
może w następnych postach wrócę do „inteligenckiego modelu wspólnoty teatralnych widzów”, „gry rynkowej” i, szczególnie poruszającemu, przeciwstawieniu „potrzeby ducha” „sprytnemu marketingowi”:)

Reklamy