Jako pierwszy na warsztat biorę cytat z wywiadu udzielonego przez Zbigniewa Brzozę, obecnie świeżo upieczonego dyrektora Teatru Nowego w Łodzi.
Objęcie stanowiska dyrektora teatru to niemal zawsze okazja do składania deklaracji, przede wszystkim artystycznych, ale również dotyczących widowni. Poniżej fragment wypowiedzi dla PAP-u, który został zamieszczony na e-teatrze 25 czerwca.

„Brzoza zwrócił uwagę, że w repertuarze teatru dominować będą adaptacje. Kilka z tych spektakli będzie granych z ograniczoną liczbą widzów. – To wynika z faktu, że chcemy zrezygnować z wycieczek, z porannych przedstawień, zrezygnować z chorej widowni ściąganej na siłę do teatru- mówił. Przyznał, iż ma nadzieję, że te przedstawienia będą się podobać na tyle, że do teatru wróci „twórcza publiczność”, publiczność inteligencka.
[http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/57223.html, informacja PAP o planach na nowy sezon]

Z określeniem „chora widownia” spotykam się pierwszy raz. Za to dwa zjawiska są mi już od bardzo dawna znane i pewnie często jeszcze pojawią się w cytowanych wypowiedziach:

1. Określanie pożądanej widowni przez negację. Jednoczesne „wylewanie dziecka z kąpielą”.

Ludzie teatru, zwłaszcza dyrektorzy chętnie mówią kogo nie chcą widzieć w teatrze. Paradoks polega na tym, że gdyby rzeczywiście przestali wiedzieć w teatrze grupy przez siebie niepożądane, mogą mieć problemy z tym, żeby w ogóle kogokolwiek na widowni dostrzec. Chodzi przede wszystkim o „szkoły”, jak mówi Brzoza „wycieczki”.
Zgadzam się, przedstawienia poranne to patologia (nie mówię oczywiście o spektaklach dla dzieci). Tyle, że jest to patologia generowana przez teatr, a nie przez widzów. Jeżeli ktoś jest „chory”, to teatr, ktory gra rano, a z pewnością nie nauczyciele i dzieci, którzy korzystają z takiej oferty.
Z drugiej strony: teatr może „zrezygnować z wycieczek” (czy interpretując szerzej – z grup zorganizowanych). Ale co zrobić, jeśli to wycieczki nie będą chciały zrezygnować z teatru?

Jednoznaczne wykluczenie grup jako pożądanej widowni powoduje, że również samo organizujące się grupy znajomych z pracy, grupy młodzieży zgromadzonej wokół ambitnego nauczyciela również nie będę w teatrze mile widziane. To właśnie nazywam wylewanie dziecka z kąpielą.
Temat z pewnością wart jest rozwinięcia. Na razie poprzestanę na wykorzystaniu wypowiedzi Brzozy jako przykładu takiego myślenia to znaczy: „TYCH mieszczan/szkół/wycieczek itp. nie chcemy widzieć w teatrze”.

2. Bliżej nieokreślona publiczność inteligencka.

To bardzo wdzięczny temat, z pewnością nie raz jeszcze się pojawi. Zawsze odczuwam pewnego rodzaju wzruszenie, gdy czytam o „inteligenckiej widowni”. W czasach w których samo istnienie „inteligencji” wydaje się problematyczne, oczekiwanie, że ta społeczna grupa o nieustalonym statusie (istnieje jeszcze, czy już nie?) będzie jeszcze na dodatek chodzić do teatru może tylko wzruszać.
W każdym razie nie zauważyłem nigdy nadreprezentacji tej wymarzonej inteligencji na widowni, zresztą, po czym ją rozpoznać? Jak rozpoznać na zwykłym weekendowym spektaklu, że jest to „widownia twórcza”.
Jeżeli już „inteligencja” (np. lekarze, prawnicy itp.) pojawią sie w teatrze, ich zachowanie na widowni (bo zjawisk tak subtelnych jak „twórcza widownia” nie jestem w stanie zaobserwować) nie obiega od zachowań „nieinteligencji”. Zachowań rozumianych jako: nie wyłączanie telefonów/odbieranie telefonów w trakcie spektaklu/wychodzenie w trakcie spektaklu itp.

Inna sprawa, że mimo szczerych tęsknot ludzi teatru inteligencja, np. pracownicy naukowi różnych dziedzin, mają, dokładnie te same powody, żeby nie chodzić do teatru, co reszta społeczeństwa. Brak czasu – pracownik naukowych z dwójka dzieci, dorabiający wykładaniem na studiach zaocznych i podyplomowych w weekendy ma dokładnie tak samo mało czasu i siły na pójście do teatru co przedstawiciel handlowy.
„Inteligenci” mogą też mieć te same potrzeby, co przedstawiciele innych zawodów. Wbrew wzniosłym oczekiwaniom dyrektorów teatrów, na przykład nauczycielka (czyli nie dosyć, że „inteligencja”, to jeszcze „misja niesienia oświaty”) może w teatrze realizować „po godzinach” swoją potrzebę rozrywki.

Na dodatek, nawet gdyby skrzyknąć wszystkich inteligentów (zakładając, że nadal istnieją i że z definicji inteligencja jest zainteresowana w teatrze „twórczym repertuarem”), to naprawdę nie wystarczyło by ich, żeby grać z sukcesem frekwencyjnym przez cały rok, nawet przy kameralnych widowniach.
Statystyka jest brutalna.

Reklamy